edgier25

WordPress – Wiadomości

Archive for Luty 12th, 2012

Stowarzyszenia „Vril” i „Thule” – projekt chronos –

Posted by edgier25 w dniu 12 lutego 2012


                                            „Vril”  i  „Thule” .

Kolejnymi  tajnymi organizacjami, które odegrały pewną rolę w tworzeniu  nazizmu były stowarzyszenia  „Vril”  i  „Thule” . Stowarzyszenie  „Thule”  zostało  założone przez  Rudolfa Glauera , bardziej znanego jako baron Rudolf von Sebottendorff ([2] str. 151), który przez pewien czas przebywał w Turcji. Był on astrologiem , różokrzyżowcem i uczniem żydowskiego kabalisty Termudi, którego rodzinę poznał podczas swojego pobytu w Bursie ([4] str. 180). Rodzina Termudich zajmowała się bankierstwem i handlem. Stary Termudi po wycofaniu się z interesów, których prowadzenie przejęli  jego krewni, poświęcił się studiom Kabały zbierając teksty alchemiczne i różokrzyżowe. ([17] str. 199).  Termudi  byli także wolnomularzami czynnymi w loży, najprawdopodobniej afiliowanej do rytu Memphis. W 1901 roku Glauer został wprowadzony do masonerii przez najstarszego z Termudich  i  po nim też odziedziczył jego okultystyczną bibliotekę ([17] str. 199).  Wedle niektórych loża masońska , której członkiem został Glauer mogła stanowić lokalną kadrę przedrewolucyjnego Tajnego Stowarzyszenia Unii i Postępu założonego na wzór wolnomularstwa, które dało początek tzw. „świadomości liberalnej” w Turcji. Choć Glauer zaczął posługiwać się tytułem i nazwiskiem von Sebottendorff twierdząc, że jest arystokratycznego pochodzenia , to jak się przypuszcza była to tylko jego własna fantazja. 

Emblemat tajnego stowarzyszenia „Thule”   (1919 r),  założonego przez Rudolfa Glauera. Propagowano w nim różne doktryny ezoteryczne, które odegrały istotną rolę w rozwoju nazizmu.  Członkami tego stowarzyszenia byli między innymi: Max Amman, Dietrich Eckart, Rudolf Hess, Adolf Hitler, Alfred Rosenberg. Umieszczona u góry emblematu swastyka – czyli równoramienny krzyż ze zgiętymi końcami – jest starohinduskim znakiem symbolizującym Słońce oraz siłę, światło i moc jakie się z nim wiążą.

 W 1912 roku wraca on do Niemiec , a w 1913 roku wstępuje do tajnego stowarzyszenia  „Germanenorden” (Zakon Germanów) . Wkrótce w porozumieniu z jej głową – Hermannem Pohlem – postanawia zreorganizować ten „zakon”, podejmując się jego ożywienia na terenie Bawarii, oraz  doprowadzić  do scalenia, dotychczas rozproszonych, lóż germańskich pod jednym kierownictwem. Formalnego otwarcia  nowego stowarzyszenia dokonano 18 sierpnia 1918 roku w Monachium (w hotelu „Vierjahreszeiten”)  przyjmując dlań nazwę „Thule Gesellschaft” (Stowarzyszenie Thule) ([17] str. 207).  Glauer zainteresował się bowiem nordyckim mitem Hyperborei (Antlantydy ?) , której stolicą miało być rzekomo Thule i postanowił go wykorzystać w swojej organizacji. Wylansował on także dwa czasopisma, których artykuły wstępne obwieszczały zbliżanie się „Apokalipsy” i „Nowej Ery” , głosząc iż:„Wszystko co żyje musi zniknąć , aby zrobić miejsce nowemu życiu .” ([8] str. 205). Członkami stowarzyszenia Thule byli między innymi: Max Amman, Dietrich Eckart, Rudolf Hess, Adolf Hitler, Alfred Rosenberg  ([2] str. 151).  Od 1918 roku jeden z wpływowych członków tej tajnej organizacji pisarz Dietrich Eckart organizuje seminaria rasistowskie pod nazwą „Dobry Niemiec” ([4] str. 180). W 1919 roku tenże Eckart spotyka Hitlera i jest pod wrażeniem jego zdolności krasomówczych i osobistego magnetyzmu. W tym samym roku Hitler wstępuje do Niemieckiej Partii Pracy (DAP-Deutsche Arbaiter Partei) i zostaje przyjęty do stowarzyszenia „Thule” ([5] str. 35). Według niektórych badaczy właśnie to tajne stowarzyszenie miało decydujący wpływ na powstanie DAP, założonej formalnie przez Antona Drexlera. Ich zdaniem  DAP  była „tylko zewnętrznym przejawem pewnej grupy ezoterycznej , wywodzącej się z antysemickich lóż germańskich” scalonych po 1912 roku przez wspomnianego już Glauera ([2] str. 151). 24 lutego 1920 roku DAP zostaje przekształcona  w NSDAP czyli Narodowo-Socjalistyczną Niemiecką Partię Robotniczą. Wkrótce Hitlerowi  powierzane są różne funkcje propagandowe, a w czerwcu 1920 roku otrzymuje on propozycję kierowania tą partią. O istotnej roli stowarzyszenia „Thule” w tworzeniu ruchu nazistowskiego świadczyć może także wypowiedź „czołowego ideologa nazizmu” Alfreda Rosenberga  z okresu  procesu przywódców hitlerowskich w Norymberdze:  „Thule? Ależ wszystko wyszło stamtąd! Pouczenie tajne, któreśmy mogli stamtąd zaczerpnąć, pomogło nam więcej w dojściu do władzy niż dywizje SA i SS. Ludzie, którzy założyli to stowarzyszenie, byli prawdziwymi magami .”  Jak stwierdził  G.Galli „znajdowało się tam po trosze wszystko: gnoza rasistowska, snobizm kierowniczych klas europejskich oddanych kultom ezoterycznym (tajemnym), obecność służb tajnych i potężnych lobby (związków) finansowych, łajdacy i prawdziwi magowie okultystyczni.” ([14] str. 57). Z kolei zdaniem pastora niemieckiego F.W.Haacka  „… listę członków rasistowsko-neogermańskiej organizacji ‚Thule’ czyta się jak jakieś ‚Who is Who’  Trzeciej Rzeszy.”

Jeśli chodzi o stowarzyszenie „Vril” to jego założenie wiąże się z osobą   Karla Haushofera, słynnego geopolityka i  jednego z głównych inspiratorów nazizmu ([2] str. 149). Ten katolik żydowskiego pochodzenia był  także członkiem stowarzyszenia „Thule” jak również należał  do grupy tzw. „Poszukiwaczy Prawdy”, na czele której stał  Georg Iwanowicz Gurdijew ([27] str. 11), również żydowskiego pochodzenia,  działający w różnych sektach i wspólnotach religijnych na terenie Gruzji, Francji, USA. Gurdijew  miał , wedle niektórych autorów, wtajemniczyć Haushofera i Hessa w okultystyczne nauki tybetańskie, a później osiedlić się w Tybecie by  wychowywać Dalaj Lamę ([3] str. 72-73). Jak twierdzi Wulf Schartzwaller w swojej książce „The Unknown Hitler” to właśnie Haushofer, będąc „uczniem” Gurdijewa,  założył w Berlinie stowarzyszenie „Vril”, znane także pod nazwą „Świetlistej Loży”. Zarówno Gurdijew jak i Haushofer utrzymywali, że jakoby mają  kontakty z pewną tajemniczą „tybetańską lożą”  , która posiadała rzekomo sekret „nadczłowieka”. Zdaniem Schartzwallera do stowarzyszenia „Vril” należeli między innymi: Hitler, Rosenberg, Himmler, Goering i osobisty lekarz Hitlera –  dr Morell. Ponadto Gurdijew i Aleister Crowley mieli  utrzymywać kontakty z Hitlerem, który  swoją siłę sugestii i  magnetyczny wpływ na tłumy  ponoć zawdzięczał  psychologicznym technikom nabytym w tajnych stowarzyszeniach. Trudno jest jednoznacznie ocenić, czy  powyższe informacje są do końca wiarygodne, w  każdym razie faktem jest, że w  1919 roku Haushofer bywał u Rudolfa Hessa wraz ze swoimi przyjaciółmi z lóż „Vril” i „Thule”, a we wrześniu tego roku zostaje on przedstawiony Hitlerowi przez tegoż Hessa w trakcie zebrania Niemieckiej Partii Pracy (DAP) ([2] str. 150). Karl Haushofer był także  twórcą pojęcia tzw. „przestrzeni życiowej” (Lebensraum) i  tzw. „doktryny kontynentalnej” , w oparciu o którą Hitler podporządkował sobie obszary Europy Środkowej i Wschodniej. Haushofer otrzymał  stanowisko prezesa Akademii Niemieckiej w Monachium, a jego syna  , również profesora ekonomii politycznej , Hitler umieścił w sztabie swego zastępcy, Rudolfa Hessa, gdzie powierzano mu najbardziej zaufane misje do różnych krajów świata ([3] str. 73). Przez osobę Haushofera można było także dotrzeć do brytyjskiej loży „Golden Dawn” (Złota Zorza) „emanacji fabianistycznych socjalistów , którzy właśnie inspirowali i ukierunkowywali anglo-amerykański świat finansowy …” ([2] str. 149). Co więcej  loża ta utrzymywała ścisłe stosunki z Iluminatami niemieckimi poprzez zakonspirowane stowarzyszenie lucyferiańskie „Stella Matutina”  ([11] str. 37).   Karl Haushofer był również jednym z mentorów Rudolfa Hessa i głównym inspiratorem jego tajemniczego lotu do Szkocji w maju 1941 roku. Jak się powszechnie utrzymuje Hess udał się tam żeby spotkać z dobrym znajomym Haushofera, księciem Hamilton. Celem tego spotkania miało być  uzyskanie takiego wpływu na króla angielskiego aby doprowadzić do pokoju z Wielką Brytanią. Stowarzyszenia „Vril” i „Thule”  nosiły  znamiona prawdziwego „zakonu” religijnego i podobnie jak to było w przypadku Iluminatów Weishaupta, reprezentowały zbliżoną ideę lucyferianizmu tylko z różnymi wariantami ezoteryczno-okultystycznymi , propagując „Religię Rozumu”, nadejście „Nowej Ery” i  powstanie „Nowego Człowieka”.  Słowo „Vril” oznacza bowiem  „szczególnie silny fluid powszechnego magnetyzmu, esencję boskości (…) prawdopodobnie stał się on źródłem koncepcji przyszłego naddczłowieka.  Jego energia ponownie odkryta przez wielkich wtajemniczonych (…) miała być tchnięta w całą rasę germańską by uczynić z niej rasę panów . ” ([8] str. 204). Zresztą w tym duchu wypowiadał się także  sam Hitler, który twierdził, że religia w rozumieniu tradycyjnym już się przeżyła i  zostanie ona zastąpiona przez „Naukę (…) nową gnozę, która zainauguruje Erę Umysłu i w ten sposób urzeczywistni – poza mutacją biologiczną – ideę człowieka-boga , odpowiedzialnego jedynie przed samym sobą .”  ([8] str. 148).

 Warto w tym miejscu odnotować, że sformowane w 1923 roku tzw. Sztafety Ochronne NSDAP (Die Schutzstaffeln Natzionalistischen Deutschen Arbeitspartei), które w 1925 roku przyjęły nazwę SS , posiadały również pewne znamiona zakonu religijnego o charakterze ezoterycznym i hierarchicznych szczeblach. Zakon SS zawierał  „krąg wewnętrzny” , który obejmował towarzystwo badań i studiów ideologicznych  – Ahnenerbe (czyli Dziedzictwo Przodków) oraz organizację o charakterze mistycznym i wykonawczym – właściwy zakon SS , czyli Czarny Zakon. Ahnenerbe prowadziła na przykład „badania dotyczące różokrzyżowców, świętych liczb , psychicznych skutków jogi i zenu, skuteczności praktyk magicznych i alchemicznych, lokalizacji ośrodka Agarttha. Są to klasyczne tematy współczesnej literatury ezoterycznej. Doktryna SS  jest symbolicznie wyrażana podwójną runą : dwa „S” narysowane jako pararelne błyskawice. W mitologii germańsko-nordyckiej jedna błyskawica wyraża dobro, a dwie błyskawice – zło  .” 

([8] str. 148). Według  doktryny  propagowanej w SS  świat jest 

„surową materią, którą trzeba przekształcić. Wewnątrz tej materii jest uwięziona energia  ; została tam  zgromadzona przez magów, mędrców starożytnej Hyperborei. Ci którym uda się wydobyć ową energię (nazywaną Vril)  będą mogli wejść w kontakt z „zewnętrznymi mocami” (…) człowiek jest przejawem sił uniwersalnych , które krążą w obiegu międzyplanetarnym. Zawiera w sobie cały kosmos (…) kto umie w sposób doskonały zastosować tę doktrynę odpowiedniości , jest w stałym kontakcie z bogami , znajduje się w drodze do naddczłowieczeństwa .”

([8] str. 149). Jak widać można w tych stwierdzeniach odnaleźć niektóre idee propagowane również obecnie, choćby przez ruch New Age.


Towarzystwo Vril

Towarzystwo Vril

Według pojawiających się hipotez, Adolf Hitler miał pełnić funkcję medium. Późniejszy wódz III Rzeszy pośredniczył w kontaktach z zaświatami. Członkowie sekty wierzyli, że poprzez nawiązywane przez Hitlera relacje z tajemnymi siłami, uda się im zdobyć nieograniczoną moc potrzebną do rozpowszechniania nazizmu w kolejnych częściach świata i zagarniania kolejnych terytoriów. Sam Hitler, który określany był przez członków kultu mianem niemieckiego mesjasza, zafascynowany był okultyzmem, numerologią, astrologią i hipnozą. Zgodnie z przepowiednią objawioną podczas jednego z seansów, był on tzw. powiernikiem „włóczni przeznaczenia” i dzięki niemu Aryjczycy mieli dość do władzy. W sekcie powszechne było wywoływanie duchów zmarłych ludzi czy seksualne orgie. Wszystkiego dokonywano w imię pozyskiwania tajemnej mocy i dalszego krzewienia zbrodniczej ideologii. Na porządku dziennym było też podobno składanie ofiar z ludzi, w tym z małych dzieci.

Był jeszcze jeden mroczny wątek działalności Towarzystwa Vril – dążenie do unicestwienia religii chrześcijańskiej. Cel taki postawił przed sobą Martin Bormann. Jego sprzymierzeńcami w walce z Kościołem i wartościami chrześcijańskimi byli Himmler i Rosenberg.

Stowarzyszenie Vril miało utrzymywać ścisłe kontakty z Towarzystwem Thule, a wg niektórych teorii stanowić jego wewnętrzną część.


Twarzystwo Thule

Twarzystwo Thule

W 1917 roku Rudolf von Sebottendorf założył Towarzystwo Thule, organizację która szybko stała się niezwykle popularna wśród niemieckich elit. Ideologia towarzystwa odnosiła się bezpośrednio do ariozofii, a jej głównym motorem było oczyszczenie rasy aryjskiej oraz wyeliminowanie innych „gorszych” ras, przede wszystkim Żydów. Za główny symbol towarzystwa przyjęto swastykę, która w wielu wcześniejszych kulturach występowała m.in. jako symbol pomyślności.

To właśnie Towarzystwo Thule było bezpośrednim zapleczem dla Narodowo-Socjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników NSDAP, na której czele stanął Adolf Hitler zafascynowany ideologią czystości rasowej. Najwyższe kierownictwo powstałej w 1920 roku partii zostało zdominowane przez członków Towarzystwa Thule. Należeli do niego m.in. Alfred Rosenberg, Dietrich Eckart, Gottfried Feder, Hans Frank czy Rudolf Hess. NSDAP była czymś więcej niż tylko partią polityczną. Stała się orędownikiem nowego kultu religijnego, którego centralną postacią był Hitler, uosobienie aryjskiego Boga. Partyjne wiece bardziej przypominały uroczystości religijne przepełnione rytuałami będącymi wypaczoną formą chrześcijańskich procesji.

Właśnie m.in. do celów ochrony nowej wiary powołano organizację militarną SS (Schutzstaffel – eskadra ochronna NSDAP), która zasłynęła szczególnym okrucieństwem. Jej symbolami były dwie białe runy sig naczarnym tle.

******************************* Edgier25@wordpress.com

Posted in "Historie Niesamowite Ale Prawdziwe, CIEKAWOSTKI, FILOZOFIA, HISTORIA, HISTORIA LUBI SIĘ POWTARZAĆ, POLITYKA, SYJONIŚCI -SZEMRANA KLIKA, UFO, WAŻNE, ZJAWISKA PARANORMALNE | Otagowane: , , , , , , , , , , , | 5 Komentarzy »

Hitler marzył o podboju kosmosu. Projekt chronos c/d………….

Posted by edgier25 w dniu 12 lutego 2012


Informacje przedstawione w tym tekście pochodzą z tajnego archiwum Hitlera odnalezionego kilka lat po wojnie w Wiedniu. Nie wszystkie dokumenty z tego archiwum zostały udostępnione, ale nawet to, co opublikowano, zawiera takie rewelacje, że aż strach pomyśleć, co znajduje się w utajnionej części. Nie wiadomo, czy te nie znane obecnie informacje kiedykolwiek ujrzą światło dzienne. 

Adolf Hitler był człowiekiem bardzo przesądnym i głęboko wierzył w zjawiska nadprzyrodzone. To na jego rozkaz niemieccy żołnierze pod okiem poważnych naukowców prowadzili poszukiwania Świętego Graala (i domniemanego grobu Chrystusa) w Langwedocji, to on wysłał ekipę badaczy w niedostępne góry Tybetu, by zgłębili tajemnicę reinkarnacji, podróży astralnych i przechodzenia w inne wymiary. Czy ekspedycje te przyniosły rezultaty? Wydaje się, że tak. Odnalezione w Wiedniu dokumenty zdają się potwierdzać, że dzięki zdobytym na Wschodzie informacjom, niemieckim naukowcom udało się skonstruować pojazdy, które można by określić mianem UFO, a więc takie, o jakich mówimy „niezidentyfikowane obiekty latające” (które niekoniecznie muszą być wytworem obcych cywilizacji).

Cudowna broń Hitlera Już 14 grudnia 1944 r „New York Times” podawał, że z terytorium Rzeszy startują okrągłe, pozbawione skrzydeł pojazdy: „Pojawiają się pojedynczo lub w formacjach. Niektóre są metaliczne, inne wydają się przezroczyste”. Sposób poruszania się tych pojazdów sugerował, że Niemcom udało się odkryć i ujarzmić antygrawitację. W jaki sposób? Tego chyba nikt nie wie. Wywiad angielski zlokalizował miejsca, z których startowały tajemnicze obiekty. I choć alianci panicznie bali się nowej, niemieckiej broni, to miejsc tych nigdy nie zbombardowano. Dlaczego? No cóż, to chyba jasne – do dziś są to pilnie strzeżone bazy wojskowe, objęte klauzulą najwyższej tajności. Z wiedeńskiego archiwum wynika, że podczas wojny udało się Niemcom wyprodukować, oprócz ogólnie znanych V-1 i V-2, również V-4 i V-7. Prawdziwą rewelacją okazał się Vril-1. Być może właśnie ten pojazd (lub bardzo do niego podobny) zauważył i sfotografował na Księżycu amerykański kosmonauta Edwin Aldrin. Nadal wielu ludzi pragnie się dowiedzieć, co oznaczały słowa pierwszego człowieka na księżycu, Armstronga, który przekazał na Ziemię bulwersujące zdanie: „Nie jesteśmy tu sami”. Co takiego zobaczył Armstrong i dlaczego nie poinformowano o tym opinii publicznej? Wiadomo, że Hitler marzył o podboju kosmosu. Czyżby mu się to częściowo udało? Tajemnica utrzymywana za wszelką cenę W utajnianiu wszelkich wiadomości o UFO biorą udział praktycznie wszystkie rządy świata, nawet nasz. Poczynają sobie przy tym wyjątkowo perfidnie.

W 1968 r dwóch zaprzyjaźnionych kalifornijskich przemysłowców było świadkami lądowania UFO. Oznajmili potem zgodnie, że ubrani w skafandry pasażerowie dziwnego pojazdu porozumiewali się ze sobą najczystszą niemczyzną… Reakcja rządu była natychmiastowa. Obydwaj mężczyźni zostali zatrzymani i chociaż badania lekarskie potwierdzały, że ich zdrowie psychiczne nie budzi żadnych zastrzeżeń, zostali na wiele lat umieszczeni w szpitalu psychiatrycznym o zaostrzonym rygorze. Kiedy stamtąd wyszli, byli już tylko wrakami ludzi. Jeszcze bardziej tajemnicza jest powzięta przez Niemców w 1938 r. wyprawa na Antarktydę pod dowództwem kapitana Ritshera. Do dziś wiadomo jedynie, że misja miała charakter militarny. Ale nie tylko. Czego Niemcy szukali na tych niedostępnych terenach? Tuż przed zakończeniem wojny admirał Donitz wysłał lakoniczny rozkaz do stacjonujących u wybrzeży Antarktydy okrętów podwodnych: „Zostać i kontynuować misję”. Rozkaz nie był zaszyfrowany, a jednak do dziś nie wiadomo, o jaką misję chodziło. A co ciekawsze, wszystko wskazuje na to, że ta tajemnicza misja nigdy nie została zakończona i że trwa nadal.W 1947 r. wysłano w ten rejon kilka okrętów Marynarki Wojennej USA. Czytając dziennik pokładowy admirała Byrda, można odnieść wrażenie, że począwszy od zapisków opatrzonych datą przybycia na miejsce, dziennik zaczyna przypominać powieść science-fiction. Przede wszystkim, Amerykanie zauważyli kilka jednostek podwodnych, z którymi nie zdołano nawiązać żadnego kontaktu radiowego. Podczas prób zbliżenia znikały w niewytłumaczalny sposób. Wysłane na ich poszukiwania małe łodzie podwodne nigdy nie powróciły. Grupa żołnierzy mających za zadanie spenetrowanie odcinka lądu, gdzie zauważono startujące UFO, także przepadła jak kamień w wodę. Odebrano tylko urwany w pół słowa meldunek o dziwnych tunelach w lodzie i zapadła cisza.

Admirał Byrd stracił około 100 żołnierzy i ku jego zdziwieniu dowództwo w Stanach nakazało mu przerwać misję i natychmiast opuścić niebezpieczny teren. Los zaginionych w wodzie i na lądzie marynarzy do dzisiaj nie jest znany. Pytanie, czy Niemcy mają tajemniczą bazę na Antarktydzie i czy podczas II wojny światowej wysłali rakietę (z załogą?) na Księżyc, pozostaje bez odpowiedzi. Jedno wiadomo na pewno. To nie Niemcy wymyślili i zbudowali pierwsze UFO. Wzmianki o dziwnych obiektach latających można znaleźć już w Biblii. Zagadka niezidentyfikowanych obiektów latających i tajemniczej bazy w lodach Antarktydy ciągle czeka na rozwiązanie. Pierwsze prace nad latającym talerzem rozpoczęto na początku lat dwudziestych w Augsburgu (Niemcy). W 1934 roku powstał statek o średnicy 5 metrów. Jego cechą było to, że podczas lotu jego powierzchnia emitowała poświatę podobną do obserwowanych pojazdów UFO. Rozpoczęto również pracę nad bojowymi wersjami tego statku, który został uzbrojony w działka 30mm i karabiny maszynowe. Odlot statku odbył się zimą 1942r.

Kluczowym urządzeniem, stanowiącym serce niezwykłego pojazdu był „dzwon” („die glocke”), który wchodził w skład zespołu napędowego. Z materiałów wynika, że miał on być drobną, choć bardzo ważną częścią większego systemu napędowego. Główną część „dzwonu” stanowił umieszczony w obudowie wirnik, składający się z wału i dwóch dysków wypełnionych rtęcią, która w trakcie pracy była schładzana poniżej temperatury krzepnięcia. Dzwon był to cylinder umieszczony w trakcie pracy pionowo, górna część posiadała zaokrąglenie w kształcie kopuły, zaś dolna stanowiła okrągłą podstawę. Obudowa wykonana była z materiału dielektrycznego. Wysokość 2-2,5 metra. średnica 1,5 – 1,8 metra (patrz rys) Przeciw bieżnie wirujące masy. Główną część ,,dzwonu” stanowił umieszczony w obudowie wirnik (współosiowo) składający się z wału, dwóch dysków wypełnionych rtęcią, która w trakcie pracy schładzana była poniżej temperatury krzepnięcia. Dyski wirowały przeciw bieżnie z bardzo dużą prędkością. „Dzwon” był zasilany energią elektryczną dużej mocy i charakteryzował się pracą ciągłą. W trakcie pracy „dzwon” emitował silne promieniowanie, które miało negatywny wpływ na organizmy żywe, powodowało odbarwianie materiałów, koagulacje próbek krwi. Po pewnym czasie utajnionym (rzędu jednego tygodnia) w czasie którego badane organizmy żyły, następował gwałtowny rozkład do postaci mazistej bez zapachu typowego dla gnicia.

Przed każdą próbą uruchomienia „dzwonu” w jego wnętrzu umieszczano coś w rodzaju podłużnego, ceramicznego pojemnika o ściankach osłoniętych warstwą ołowiu o grubości 3cm. Pojemnik wypełniony był dziwną, złocistą substancją o odcieniu fioletowym. Co to było nie mogą ustalić historycy do dziś, wiadomo jednak że substancja ta miała konsystencję lekko ściętej galarety. Tajemnicza substancj nosiła kryptonim IRR XERUM 525 lub IRR SERUM 525. W jaki sposób hitlerowscy naukowcy zdobyli tak zaskakującą technologię? Na to pytanie niestety, nie znaleziono odpowiedzi. Z czasem budową latających talerzy z niesamowitym napędem zajęła się wojskowa placówka SS „Entwicklungsstelle IV”.

W lecie 1939r rozpoczęto test pierwszego obiektu , o średnicy ok. 25 metrów któremu nadano kryptonim „Haunebu I”. Testy wypadły pomyślnie i natychmiast przystąpiono do badań nad modelem „Haunebu II”. Pojazd unosił się swobodnie w powietrzu i mógł rozwinąć prędkość do ok. 6000 km/h. Podczas ostatnich miesięcy wojny powstał tylko jeden prototyp „Haunebu”, który wykonał 19 lotów próbnych. Mieścił na swym pokładzie 32 ludzi. Głównymi konstruktorami „latających dysków Führera”, był zespół konstruktorów: Habermohl, Schriver, Mithe i Bellonzo. Mithe swoje laboratorium miał we Wrocławiu. Skonstruował tam dysk o średnicy 42 metrów z dyszami na obwodzie. Pisał również o próbnym locie dysku, który miał miejsce nad Bałtykiem. Schriver i Hambermohl, pracujący w Pradze, skonstruowali podobny obiekt, który odbył lot 14 lutego 1945r i osiągną w ciągu 3 minut pułap 12400 metrów. Według danych amerykańskich Włoch Bellonzo skonstruował natomiast dwie wersje latających spodków o średnicy 38m i 68m. 19 lutego 1945r Bellonzo wykonał lot eksperymentalny. Osiągnął pułap 15000 metrów przy prędkości 2200 km/h. Przy nabieraniu dużej prędkości ulegał zmianie kształt kabiny.

Innym konstruktorem dysków był Viktor Schauberger. Jego napęd opierał się na bezdymnym, bezpłomiennym silniku wybuchowym. Silnik dla swego działania potrzebował jedynie wody. W zamian dawał ciepło, światło i ruch. Dysk na obwodzie posiadał 12 silników odrzutowych, które chłodziły główny silnik lewitacyjny. Po wojnie Schauberger przedostał się do USA. Amerykańscy wojskowi zaproponowali mu 3 mln. dolarów w zamian za zdradzenie tajemnicy silnika wybuchowego, lecz oferta została odrzucona. Po wkroczeniu wojsk radzieckich w ścisłej tajemnicy zdemontowano niezwykłe niemieckie urządzenia i wywieziono je na Syberię. Podobno Rosjanom udało wznowić budowę dysków. Mieli do dyspozycji nie tylko prototypy urządzeń, ale i naukowców Schriver, Mithe i Habermohla. Po kilku latach udało im się uciec i przedostać się do USA. Tam jednak również nie dane im było ujawnienie swoich badań. Stali się bowiem najlepiej strzeżonymi przez CIA (ang. Central Inteligence Agency, pol. Centralna Agencja Wywiadowcza) osobami, a wszystkie ich zeznania objęto ścisłą tajemnicą. Mimo dokumentów potwierdzających prace nad latającymi dyskami, do dziś nie udało się rozwiązać kluczowej zadatki – skąd hitlerowcy znali technologię pozwalającą na budowę tego typu statków powietrznych? Dlaczego miały one kształt dysku, skąd pomysły na zaskakujące silniki.

Współcześnie niemieccy ufolodzy twierdzą, że przed II wojną światową hitlerowcom udało się nawiązać kontakt z wysoko rozwiniętą cywilizacją z Układu Aldebarana. Według różnych źródeł, do takiego kontaktu miało dojść w Sudetach. W latach trzydziestych wielu tamtejszych mieszkańców widziało na niebie kule ogniste i światła. W latach 1936 – 1944 miejsce to należało do Ewy Braun, kochanki Hitlera. Czy jednak rzeczywiście udało im się nawiązać kontakt z obcą cywilizacją i przejąć część wiedzy? Czy też może niemieccy konstruktorzy okazali się na tyle zdolni, że błyskawicznie wymyśli kilkanaście nowych rozwiązań technologicznych i opracowali plany latającego dysku? Obie hipotezy brzmią równie fantastycznie. Niemcy dysponowały pod koniec II wojny światowej wieloma zaawansowanymi technicznie broniami: mieli prototyp „inteligentnej” bomby sterowanej za pomocą obrazów telewizyjnych, testowali też niewykrywalne przez radary myśliwce typu „latające skrzydło”. Ale plany, dokumenty i relacje naocznych świadków, które wciąż jeszcze wychodzą na jaw, mówią o tym, że poza znanymi dzisiaj wszystkim V1 i V2.

Niemcy ukrywali coś jeszcze. Coś wyjątkowego, co wykracza także poza dzisiejszą technikę. Mieli samoloty typu V7, czyli… latające talerze! Były major armii niemieckiej, Rudolf Lusar, napisał w latach 50. książkę, w której mówi o co najmniej dwóch konstrukcjach latających dysków. Według niego, prototyp jednego z nich osiagał prędkość 2000 km/h, a napęd stanowiły turbiny gazowe. Jednak takie rozwiązanie jest niczym, jeśli porównamy go z napędem antygrawitacyjnym (wykorzystującym własne pole siłowe, działające przeciwnie niż przyciąganie ziemskie). A kto zaczął o takim napędzie mówić? Kapitan Edward J. Ruppelt, kierujący oficjalnym amerykańskim projektem Błękitna Księga, napisał w swoim raporcie, że Niemcy dysponowały w czasie wojny maszynami o możliwościach, które można by porównać tylko do osiągów UFO.

 

Dokumenty, do których miał dostęp, dzisiaj są już szeroko znane. Na niemieckich planach z czasów wojny widać dyskokształtne obiekty przedstawiające „latające talerze” w przekroju. Część z nich ma napęd konwencjonalny, ale na niektórych widnieją iście rewolucyjne schematy napędów antygrawitacyjnych ! Jedne z nich opierają się na zasadzie dwóch wirujących przeciwnie dysków, działanie innych nawet dzisiaj nie jest dla inżynierów i uczonych jasne. Kryptonim V7 pojawia się w raporcie Richarda Miethego, naukowca, związanego z pracami nad pojazdem. Miethe wspomina o próbnym locie dysku w pobliżu Władysławowa. Jednak niemieckie „latające talerze” związane są silniej z drugim końcem Polski. Wiele świadectw wskazuje na niedostępny dziś, podziemny kompleks w pobliżu Książa w Górach Sowich. Miejsce prac ukryte było przed rozpoznaniem lotniczym, otoczone trzema szczelnymi pierścieniami żołnierzy SS. Z ujawnionych w ostatnim czasie planów niemieckich wynika, że baza obiektów V-7 miała zostać zbudowana głęboko pod ziemią w górach, a kompleks „Riese” był pod tym względem wyjątkowy chociaż by dlatego, że występowały tam pokłady uranu, które mogły być wykorzystywane do produkcji paliwa jądrowego dla latających dysków! Do budowy kompleksu „Riese” wykorzystano siłę roboczą z obozu Gross-Rosen.

Niemcy testowali V-7 na różnych poligonach tj. W Karkonoszach (w rejonie Przełęczy Karkonoskiej), w Górach Kaczawskich (rejon Mniszkowa koło Jeleniej Góry). Badania dr. Milosa Jesensky`ego wskazują jeszcze na rejon Pragi, Hodonina, Chebu, Hontiansych, na terenie Niemiec i terenie byłej Czechosłowacji. Istniały poligony morskie V-7 w okolicach Ustki, Królewca i Władysławowa, można przytoczyć zdarzenie z NOL-em 14 lipca 1943 roku w rejonie Gdyni-Babich Dołów: Być może nie tylko opracowywano tam plany V7, ale przygotowywano również produkcję obiektów. Turyści chętnie odwiedzają podziemia znajdujące się pod zamkiem. Jednak to nie one miały służyć w czasie wojny tajnym broniom niemieckim. O znaczeniu innych podziemnych kompleksów Książa świadczą dzisiaj kilometry dróg i kabli elektrycznych. Żyją jeszcze ludzie, którzy są w stanie wskazać wejścia do tajnych hal, które po wojnie, w 1947 roku Polacy wysadzili w powietrze. Na pewno jednak zasypane pomieszczenia nie ukrywają latających spodków. Są tylko świadectwem, że tam właśnie mogły być konstruowane dyski – owa „cudowna broń Hitlera”. Ale co stało się z nimi potem, po wojnie ?

Obiekty o kształtach identycznych z tymi, które były na planach niemieckich, obserwowano później po wojnie w USA, Anglii i przede wszystkim w Argentynie. Powojenne przypadki z Ameryki Południowej najwyraźniej miały jeszcze napęd konwencjonalny, który okazał się niewypałem. Spodki dymiły jak smoki, a przy tym robiły mnóstwo hałasu. Ale wkrótce pojawiły się też doniesienia o bezszelestnych dyskach, zachowujących się jak „rasowe UFO”, których załogę stanowili wysocy blondyni… Takie przypadki notowane są nadal. Ufolodzy wyodrębniają nawet oddzielny typ „ludzkich” załogantów latających spodków, zwany Nordykami. Dla kogo pracują Nordycy, jakie państwa przejęły latającą spuściznę hitlerowskich Niemiec ? {mospagebreak}Można snuć na ten temat jedynie domysły. Organizowano ekspedycje naukowe w rejony Bliskiego Wschodu, Tybetu, Ameryki Południowej. Nie można wykluczyć, że ekspedycje naukowe dotarły do zawartych w sanskryckich pismach opisów maszyn latających. Inna z hipotez mówi o katastrofie w 1937 lub 1938 roku koło Czernicy. Miał to być obiekt typu kulistego który po przelocie nad Czernicą spadł na teren pobliskiego majątku krewnych Ewy Braun. Wkrótce z garnizonu jeleniogórskiego sciągnięto oddziały SS, które otoczyły teren katastrofy i zabezpieczyły przewiezienie obiektu do Jelenie Góry. świadkowie mieli zostać zmuszeni do milczenia.

W celu zbadania wraku sprowadzono w krótkim czasie trzech fizyków jądrowych. Jednym z najbardziej tajnych projektów III Rzeszy były latające talerze określone symbolem V-7 które Hitler nazwał prawdopodobnie „cudowną bronią”. Pierwsze prace nad latającym talerzem rozpoczęto na początku lat dwudziestych w Augsburgu (Niemcy). Był to statek oznaczony symbolem Vril-1. W 1934 roku powstał statek o średnicy 5 metrów, który uniósł się w powietrze i nazywał się Vril-2. Cechą charakterystyczną było to, że podczas lotu jego powierzchnia emitowała poświatę podobną do obserwowanych pojazdów UFO. Rozpoczęto również pracę nad wersjami bojowymi statku Vril – 1, który był uzbrojony w działka 30 mm i karabiny maszynowe. Oblot tego statku odbył się w zimie 1942 roku.. Z czasem badaniami i budową latających talerzy zajęła się wojskowa placówka SS – Entwicklungsstelle -IV. W lecie 1939 roku rozpoczęto testy pierwszego obiektu Haunebu – I o średnicy ok. 25 metrów. Haunebu – II był modelem bardziej udoskonalonym o średnicy ok. 30 metrów, posiadał cztery generatory elektro-grawitacyjne – jeden duży umieszczony centralnie, a trzy mniejsze stabilizujące i mógł rozwinąć prędkość dochodzącą do 6000 km/h. Plan jednej z wersji statku ,,Haunebu” Rekonstrukcja na podstawie zachowanych planów statku Haunebu 3. Podczas ostatnich miesięcy wojny powstał tylko jeden jego prototyp, który wykonał 19 lotów próbnych. Mieścił 32 ludzi na swym pokładzie, rozwijał prędkość ok. 10 Macha. Napęd tego statku składał się prawdopodobnie według naszych przypuszczeń z generatorów elektrograwitacyjnych. V-7 „Haunebu” wersje 1 do 9.

Były to latające dyski z dużym payloadem, prędkością i manewrowością, w dodatku niewidzialne dla radarów – czyli, można powiedzieć: UFO w służbie Hitlera. Zrekonstruowany rysunek przez autorów tej strony na podstawie oryginalnego planu technicznego tego obiektu. Prawdopodobnie jest to dysk V-8 bardzo rozwiniętej konstrukcji z lepszymi właściwościami. Czyżby prawdziwym było domniemanie, że Niemcy zbudowali różne typy tych dyskoplanów, w tym typy przystosowane do lotów kosmicznych – jak twierdzą niektóre źródła? Urządzeniem zasilającym dla wszystkich statków Haunebu był zestaw połączonych silnych elektromagnesów generatora Van de Graafa i rodzaj sferycznego dynama Marconiego zawierającego kulę wirującej rtęci. Urządzenie wytwarzało pole elektro-grawitacyjne i zostało nazwane „Tachyonatorem Thule”. Nad wynalazkiem tym pracował Hans Coler oraz von Franz Haid z zakładów Siemens – Schucker oraz labolatorium AEG Telefunken. W dawnych zakładach Zeppelina prowadzono prace nad budową cygarowatej stacji kosmicznej ,,Andromeda” o dł. 105 metrów, którą rzekomo zbudowano w roku 1943r. Do dziś zachował się jeden z takich planów. Plan obiektu napędzanego przez dwa przeciwbieżnie obracające się dyski. Dyski zawieszone były w polu magnetycznym, na dole znajdował się dzwon a u góry kabina dla dwóch pilotów. Obiekt z dyskami o różnej średnicy, dzwonem umieszczonym centralnie i trzema generatorami stabilizującymi na dolnej części. Przez środek obiektu przechodzi centralny rdzeń, którego celem było przenikanie grawitacyjne i ukierunkowanie pola generowanego przez dzwon i dyski.Kompleks Gór SowichNa Dolnym Śląsku na południe od Wałbrzycha w Górach Sowich znajdują się tajemnicze podziemne kompleksy wojskowe, opuszczone przez Niemców po wojnie. Są one połączone z zamkiem Książ mieszczącym się w samym Wałbrzychu. Jak dotąd nie udało się ustalić czemu miały one służyć.

Wiadomo, że Niemcy posiadali zaawansowaną technologię rakietową, którą wykorzystali przeciw Anglii bombardując Londyn już od 1944 roku i być może kompleks był fabryką tychże rakiet czyli V-1 oraz V-2. Z całą pewnością nie była to kwatera Hitlera jak uważa wielu historyków.Podziemia znajdujące się w Walimiu są tylko małą częścią kompleksu, który znany jest pod nazwą „Die Riese” (Olbrzym). Poszczególne fragmenty całej budowli, o których wiadomo, a które nie są przeznaczone dla zwiedzających rozsiane są po całych Górach Sowich. Budowa Olbrzyma rozpoczęła się na początku 1943 roku i była zakrojona na bardzo szeroką skalę. W ciągu zaledwie dwóch lat Niemcy wydrążyli 230 tys. metrów korytarzy, z których tylko 90 tys. jest znane. W budowie brało udział ponad 70 tys. więźniów z pobliskich obozów koncentracyjnych oraz kilkadziesiąt niemieckich firm. Nieliczni, którym udało się przeżyć mówili, że zainstalowane tu zostały tajne laboratoria badawcze, z których jedno mieściło się w zamku Książ chronione przez SS-manów. Zagadką pozostaje, że prace w Olbrzymie trwały aż do 6 maja 1945 roku mimo, że wojna skończyła się już kilka dni wcześniej, a 4 tys. żołnierzy pilnujących kompleksu nie zostało przerzuconych do obrony Wrocławia. Świadczyć to może o tym, że Niemcy pracowali tam nad czymś zupełnie wyjątkowym. Hitler uparcie wierzył w skonstruowanie tzw. „Wunderwaffe” (cudownej broni), która mogłaby odmienić losy wojny zaledwie w kilka dni przectwa na stronę niemiecką. Zatem w „Riese” na V-1 czy też V-2 się nie skończyło.

Przed wkroczeniem wojsk radzieckich Niemcy wycofując się, zabili około 12 tys. jeńców oraz 4 tys. nadzorców, a podziemia dokładnie zabezpieczyli zawalając większą część po to żeby uniemożliwić ich późniejsze przeczesywanie.
Po kapitulacji III Rzeszy w Berlinie rozpoczęła dochodzenie komórka NKWD zajmująca się przesłuchiwaniem jeńców oraz oficerów niemieckich mających związek z tajnymi technologiami składowanymi na Dolnym Śląsku, której przewodzili płk. Władysław Szymański i gen. Jakub Prawin. Dokumenty ze śledztwa spisywano bez pomocy tłumacza i maszynistki, a następnie przesyłano specjalnym kanałem do Bieruta. A wszystko dlatego, że przesłuchania dotyczyły jak określił to jeden z badanych SS Jakob Sporrenberg „najtajniejszego projektu III Rzeszy”. Nosił on nazwę CHRONOS, którego centralnym elementem było urządzenie o nazwie Die Golcke (Dzwon).

Było to urządzenie całkiem inne niż znane nam rodzaje broni, likwidujące wszystkich, którzy weszli mu w drogę. Miało ono kształt cylindra o wysokości około 2,5 metrów oraz średnicy 1,5 metrów, którego sercem był wirnik składający się z dwóch przeciwbieżnie wirujących mas wypełnionych rtęcią. Było to szokujące ponieważ teorie fizyczne mówiące o generowaniu przez dwie przeciwbieżnie wirujące masy pola antygrawitacyjnego (pole to prawdopodobnie neutralizuje przyciąganie ziemskie), są teoriami współczesnymi bazującymi na najnowocześniejszych osiągnięciach. Pojazd posiadający taki napęd mógłby swobodnie odrywać się od ziemi i z ogromną prędkością przemieszczać się w powietrzu. Jednak produktem ubocznym takiego silnika byłoby emitowane promieniowanie rentgenowskie i mikrofalowe o dużym natężeniu, które mogłoby spowodować efekty biologiczne polegające na niszczeniu żywych tkanek. Warto dodać tak na marginesie, że wyżej wymienieni wojskowi zginęli później w niewyjaśnionych okolicznościach.

Poza projektem Chronos realizowanym w Górach Sowich istniały jeszcze inne zwane „Vril” czy „Haunebu” z mechanizmem napędowym silnika o nazwie „Thule”, którego centralnym elementem był Dzwon. Warto wspomnieć, że nazwy Vril czy Thule były nazwami okultystycznych organizacji działających w czasie wojny w III Rzeszy, których cele i zadania nie są znane do dziś. Obiekty te były budowane na terenie III Rzeszy (znacznie wcześniej niż te z Olbrzyma) przez najwybitniejszych niemieckich naukowców.

Pogłoski mówią, że w połowie roku 1934 powstał pierwszy okrągły samolot eksperymentalny RFZ-1 napędzany siłą antygrawitacji. Jednak jeszcze przed końcem tego roku towarzystwo Vril zakończyło budowę nowego samolotu w kształcie talerza zwanego RFZ-2, który od roku 1940 pełnił czynną służbę jako zdalnie sterowany samolot wywiadowczy. Miał udoskonalony napęd i po raz pierwszy sterowany był za pomocą impulsów magnetycznych, a mierzył zaledwie 5 metrów średnicy. Ponadto podczas lotu emanował różnobarwne światło w zależności od stanu napędu: czerwone, pomarańczowe, żółte, niebieskie, białe lub fioletowe. Jednak mimo sporych osiągów lotniczych, kierownictwo polityczne nie zwróciło na niego uwagi, co skłoniło Niemców do dalszych prac nad niekonwencjonalnymi broniami. SS-4 przystąpiła do pracy, których owocem był wcześniej wspomniany napęd „Thule” skonstruowany na bazie konwertera techionowego kapitana Hansa Kohlera. Pod koniec roku 1938 zbudowano niewielki kolisty pojazd RFZ-4 o napędzie śmigłowym, który służył do badań, zachowania się w powietrzu obiektów w kształcie dysku. Na początku roku 1939 SS zbudowało RFZ-5, pierwszy duży pojazd o średnicy ponad 20 metrów, któremu nadano nazwę Haunebu-I. Po raz pierwszy wystartował on prawdopodobnie w sierpniu 1939 roku. Jego atutem była specjalna budowa układu napędowego, dzięki któremu miał on dużą ładowność. Dalszymi pracami nad obiektami kolistymi skonstruowano pojazd będący pośrednim rozwiązaniem. Był to pojazd o napędzie konwencjonalnym RFZ-7.

Lipcem 1941 roku pracom nadano większy rozmach. W planach był pionowo startujący samolot o napędzie odrzutowym, który w końcu roku 1942 przetestowano, gdzie wyszły na jaw potężne braki. W tym samym roku pracowano również nad napędzanym turbinowo latającym talerzem RFZ-7T, który miał kształt typowego dysku.
17 kwietnia 1945 roku Niemcy wypróbowali swoją nową broń odwetową nr 7. Był to bardzo dobrze znany pojazd V-7, helikopter ponaddźwiękowy wyposażony w ponad 12 agregatów turbo BMW-028. Podczas pierwszego lotu próbnego osiągnął pułap 23 800 metrów, a za drugim razem 24 200 metrów. Jak mówią inne źródła pojazd ten był poruszany również przy pomocy energii niekonwencjonalnej.
W 1942 roku nad poligonem doświadczalnym towarzystwa Vril krążył nowy pojazd latający Vril-1, który miał 1,70 m wysokości i 11 m średnicy. Odpowiadał on wymiarom myśliwca i jako taki był postrzegany o czym świadczyło jego uzbrojenie: 3 MK108 kalibru 3 cm i 2 MG17.
W czasie, kiedy trwały pracę nad Vril-1 stworzono zaawansowany projekt budowy dużego statku Vril-7, w którym zastosowano podobno napęd o wiele wykraczający naprzód Dzwonowi. Natomiast pod koniec roku 1942 grupa badawcza SS4 rozpoczęła budowę ulepszonego pojazdu Haunebu-II. Zmiany dotyczyły szkieletu obudowy układu napędowego jak i zewnętrznego wyglądu. Jego wymiary wahały się od 26 do 31 metrów średnicy i od 9 do 11 metrów wysokości, a jego prędkość wynosiła nieco ponad 6000 km/h. Haunebu-II były prawdopodobnie w pełni przygotowane do lotów kosmicznych, o czym świadczyły zaznaczone na planach pomieszczenia dla załogi, które miały być wykorzystane w przypadku długotrwałej podróży. Niektóre typy tych pojazdów miały przygotowane specjalne stanowiska bojowe na znajdujące się w obudowie działa na promienie „Donara”.{mospagebreak}

Jeżeli chodzi o Haunebu, Niemcy mieli jak się okazuje jeszcze śmielsze plany. Istnieją bowiem plany ogromnych Haunebu średnicy przekraczającej 120 metrów. Wedle dokumentacji istniał prototyp Haunebu-III o średnicy około 70 metrów. Aby tego było mało jeszcze przed końcem wojny SS4 planowało budowę gigantycznego statku bazy, który dzięki napędowi wykorzystanemu w pojazdach typu Vril, wykorzystującemu siłę grawitacji, kilkaset ton jego masy nie stanowiło żadnego kłopotu w przemieszczaniu. Miał on powstać w zakładach „Zepelina” i nosić nazwę Andromeda.

Wszystko brzmi jak z książki fantastycznej lecz bardzo możliwe jest, że Niemcy faktycznie byli w posiadaniu takowych pojazdów. Pytanie tylko, skąd mogli wiedzieć jak dokonać tak wyśmienitych konstrukcji bazujących przecież na najnowocześniejszych badaniach z zakresu fizyki, które nawet w czasach obecnych nie są do końca potwierdzone.
Prawdopodobnie odpowiedzi na pytanie należy szukać w towarzystwach okultystycznych, które to miały za pomocą medium kontaktować się z „Bogami”, którzy przekazali im swoją wiedzę, a jak się później okazało z cywilizacją pozaziemską. Niemcy nawet dzięki przeprowadzanym seansom dokładnie wiedzieli skąd owa cywilizacja pochodzi. A mianowicie z gwiazdozbioru Aldebarana. Tylko po co cywilizacja będąca na wysokim szczeblu rozwoju miałaby udostępniać swoje technologie wyniszczającej się nawzajem ludzkości?

Być może jednak inspiracją Niemców były stare teksty indyjskie zwane Vymaanika Shaastra, znalezione w 1908 roku, które zwierają, co zdaje się być nieprawdopodobne, opisy konstrukcji maszyn międzygwiezdnych, zwane Vimanami, którymi poruszali się „Bogowie”. Oto fragment opisu: „Konstrukcja musi być tak wykonana, aby była mocna i wytrzymała, jak wielkiego latającego ptaka, z lekkiego materiału. Wewnątrz należy zainstalować silnik rtęciowy z żelaznym aparatem podgrzewającym poniżej. Dzięki mocy zawartej w rtęci, która tworzy wir napędzający, człowiek siedzący wewnątrz może pokonywać ogromne odległości na niebie w najbardziej wspaniały sposób. Podobnie, wykorzystując proces opisany powyżej można budować vimanę tak dużą, jak świątynia Boga-w-Ruchu. Cztery mocne pojemniki z rtęcią muszą być wbudowane w konstrukcję wewnętrzną. Gdy zostają one podgrzane przez kontrolowany ogień z pojemników żelaznych, vimana rozwija moc gromu dzięki rtęci. I błyskawicznie staje się perłą na niebie”.
Jak by nie patrzeć pomimo wielu hipotez zawsze mamy do czynienia z ingerencją z zewnątrz.

No dobrze, ale gdzie Niemcy ukryli swoje statki powietrzne? Wszystkie ślady wskazują, że mogą one być schowane w tajnej podziemnej bazie na Antarktydzie. Aby poprzeć tą hipotezę jesteśmy zmuszeni zajrzeć w historię i przypomnieć sobie o pewnym przedsięwzięciu mogącym mieć związek z „niemieckimi NOLami”. Mowa tu o przedsięwzięciu Antarktis z roku 1938. Właśnie w tym roku z rozkazu Hermana Geringa rozpoczęto niezwykłą ekspedycję, której przewodził lotniskowiec „Schwabenlend”. Jej celem było zdobycie pewnych obszarów Antarktydy, która zakończyła się sukcesem i zajęciem przez Niemców ogromnego terenu o powierzchni około 6000 kilometrów kwadratowych, który nazwano „Nową Szwabią”. Nie jest ona byle jaką częścią Antarktydy, jest to nadająca się do zasiedlenia wolna od lodu kraina, z górami i jeziorami, do której nigdy dotąd nie dotarła żadna zagraniczna ekspedycja.

Pod koniec II wojny światowej do „Nowej Szwabii” zostały podobno skierowane całe flotylle niemieckich łodzi podwodnych, miedzy innymi super nowoczesne typy 21 i 23, które mogły zdołać pomieścić i zarazem przetransportować pojazdy typu Vril czy Haunebu.
Poparciem tego jest fakt, że alianci pod przewodnictwem admirała Buerda próbowali dokonać inwazji Antarktydy, która to oficjalnie była wyprawą badawczą. Jednak w jakim celu wysłano tam eskortę ponad 4000 żołnierzy, okręt wojenny, lotniskowiec i ogromne ilości zaopatrzenia? Prawdopodobnie Amerykanie chcieli zdobyć tam owe brakujące technologie. I tak po nie ujawnionej ilości straconych samolotów operacja ta została nagle po 8 tygodniach przerwana. Jakiż to bardzo dobry przeciwnik mógł odeprzeć ich inwazję?
Jest również faktem historycznym, że w tamtym czasie zaginęło 30 niemieckich okrętów podwodnych, które pod koniec wojny wyruszyły z portów bałtyckich. Były one wyposażone w system tlenowy Waltera, umożliwiający im przebywanie pod wodą całymi tygodniami.

Posted in "Historie Niesamowite Ale Prawdziwe, HISTORIA LUBI SIĘ POWTARZAĆ, UFO, ZJAWISKA PARANORMALNE | Leave a Comment »

Iran wzmacnia flotę podwodną w Zatoce Perskiej

Posted by edgier25 w dniu 12 lutego 2012


 

Wojenno-morskie siły Iranu przyjęły na uzbrojenie dwie lekkie łodzie podwodne typu Ghadir produkcji irańskiej. Łodzie są wyposażone w torpedy i przeznaczone są do działań na płytkich wodach Zatoki Perskiej. Licząc dwie nowe łodzie podwodne, ilość łodzi typu Ghadir na uzbrojeniu irańskich sił wojenno-morskich wynosi 16 jednostek.

 Wyporność Ghadira wynosi 120 ton. Więcej szczegółów technicznych nie podaje się do wiadomości, jednak wiadomo, że łódź jest zaprojektowana na bazie północnokoreańskiej łodzi En. Jeśli podstawowe parametry projektu północnokoreańskiego zostały zachowane, to Ghadir osiąga prędkość do 11 węzłów i jest uzbrojony w dwie wyrzutnie torpedowe kalibru 533 mm. Irańscy wojskowi utrzymują, że Ghadir jest produkowany z wykorzystaniem technologii małej dostrzegalności.

**********************************************************************************************************************

warto o tym powiedzieć…….

                    Rosja zwiększyła eksport wojennych

                                                helikopterów i samolotów..???

 

Dostawy rosyjskiej wojennej techniki lotniczej za granicę wzrosły w 2011 roku o ponad 50% w porównaniu z rokiem 2010, i przekroczyły 4,8 miliarda dolarów, ogłosiło w piątek Centrum Analiz Strategii i Technologii.

Według danych centrum, eksportowano 36 niszczycieli „Su” za sumę 1,69 miliardów. Najważniejszym importerem pozostały Indie, które otrzymały 16 samolotów Su-30 MKI. Suma dostaw helikopterów w 2011 roku wyniosła 1,73 miliarda (500 milionów dolarów w 2010 roku). Taki wzrost spowodowany jest początkiem realizacji dużych kontraktów na dostawy helikopterów transportowych Mi-17B-5 do Afganistanu i Indii.

 

**********************************************************************************************************************

Indie będą handlować z Iranem

Tutaj wyłania sie obraz handlu okrężnego bronią – mowa jest o artykułach spożywczych , paliwach itd. 

Cwaniactwo światowe przejedzie się na Iranie i to dosłownie………….

Indie gotowe są dostarczyć Iranowi dużą ilość zboża i innych artykułów spożywczych, nie zważając na sankcje nałożone przez Zachód. Taką informację podał wiceminister handlu Rahul Khullar.

„Indie zamierzają rozszerzyć zakres swojego eksportu do islamskiej republiki w zamian za część ropy importowanej z tego kraju” – powiedział Khullar. „Nie zamierzamy rezygnować z korzyści biznesowych. Zaprzestanie eksportu do Iranu ze strony USA i Unii Europejskiej to ich wybór. Indie nadal będą utrzymywać kontakty handlowe z Teheranem” – dodał.

 

 

 

**********************************************************************************************************************

Rosja i Indie określiły miejsce przeprowadzenia ćwiczeń

wojskowych

 

Podczas pracy na poligonie w Buriacji rosyjscy i indyjscy wojskowi ocenili miejsce, gdzie przeprowadzane będą ćwiczenia Indra-2012 zaplanowane na lato i określili lokalizację obozu polowego – oznajmił przedstawiciel rosyjskiego Ministerstwa Obrony.

Od 2003 roku już pięciokrotnie organizowane były rosyjsko-indyjskie naziemne i morskie ćwiczenia z serii Indr. Ostatnie odbywały się na terytorium Indii w 2010 roku.

*********************************************************************************************************************

Posted in Bliski wschód wojna w Iranie | 1 Comment »

Whitney Houston nie żyje……………

Posted by edgier25 w dniu 12 lutego 2012


                   OKOLICZNOŚCI ŚMIERCI GWIAZDY NIE SĄ ZNANE………

ZAPAMIĘTANA ZOSTANIE Z WIELU NAGRAŃ , ALE KREACJA WHITNEY W

                              FILMIE BODYGUARD PRZEJDZIE DO HISTORII

W wieku 48 lat, odeszła amerykańska piosenkarka Whitney Houston. O śmierci gwiazdy muzyki pop poinformował jej rzecznik – Jill Fritzo. Houston, mimo reanimacji, zmarła w hotelu Beverly Hilton w Beverly Hills. – Nie ma oczywistych oznak popełnienia przestępstwa – oświadczył porucznik policji Mark Rosen.

Ciało piosenkarki znalazł jej ochroniarz – poinformowała Courtney Barnes, przedstawicielka Ray’a J – piosenkarza, z którym ostatnio spotykała się Houston.

Policja informuje, że przyczyny i okoliczności śmierci piosenkarki są w tej chwili badane.

Whitney Houston zmarła ok. godz. 2 w nocy polskiego czasu, na dzień przed 54. rozdaniem muzycznych nagród Grammy w Los Angeles.

Laureatka setek nagród

Houston była jedną z najsłynniejszych piosenkarek świata. Zainspirowana tradycją muzyki soul, którą żyła jej rodzina – jej matka Cissy Houston, kuzynki Dionne Warwick i Dee Dee Warwick oraz jej słynna matka chrzestna Aretha Franklin, Houston stała się ikoną muzyki pop.

Jej albumy sprzedawały się w nakładach przekraczających 80 milionów egzemplarzy. Była laureatką kilku nagród Grammy, 19 American Music Awards, pięciu People’s Choice Awards oraz dwóch nagród Emmy.

Whitney Houston podczas występu na Impact Arena w Bangkoku, w Tajlandii, w 2004 roku (EPA/STR THAILAND)

„I Will Always Love You”

Jej popularność osiągnęła apogeum w latach 80. i 90. Dzięki nagranemu wówczas przebojowi „I Will Always Love You” z filmu „The Bodyguard”, w którym zagrała wraz z Kevinem Kostnerem. Muzyka z tego filmu zdobyła w 1994 roku nagrodę Grammy za płytę roku. Houston zagrała też w filmie „Czekając na miłość” („Waiting to Exhale”).

W sierpniu 1999 r. Whitney Houston odwiedziła Polskę. Na koncert do Sopotu, który nie należał do zbyt udanych, przyleciała na pół godziny przed występem. Nie ukrywała ogromnego zaskoczenia tym, że jest tak zimno. Na scenę wyszła z prawie godzinnym opóźnieniem, ubrania w golf i dżinsy, w skórzanych rękawiczkach i szaliku. W obawie o swój głos, nie zaśpiewała swoich największych przebojów.

– Nasze oczekiwania względem tego występu były ogromne. A były braki koncentracji na estradzie, może rzeczywiście na tę temperaturę, do której nie była przyzwyczajona – powiedział na antenie TVN24 Paweł Sztomke, dziennikarz I programu Polskiego Radia.

W 1999 r. Whitney Houston była w Polsce. Jej koncert wspomina Paweł Sztomke, dziennikarz I programu Polskiego Radia

„To ja jestem moim najgorszym diabłem”

Według CNN, Houston przebywała przez kilka ostatnich dni swojego życia, w hotelu w Beverly Hills – mieście stanowiącym część metropolii Los Angeles, znanym jako enklawa bogatych i sławnych ludzi, gwiazd i celebrytów.

CNN przypomina, że Whitney Houston walczyła z nałogami. Gwiazda przeszła dwa programy leczenia odwykowego w 2005 i w 2006 roku.

Houston przyznała się publicznie do zażywania marihuany, kokainy i nadużywania leków. Jej wyśmienity niegdyś głos stał się szorstki i chrapliwy, nie miał też tak imponującej skali jak wcześniej – pisze agencja AP.

– To ja jestem moim najgorszym diabłem. Albo jestem swoim najlepszym przyjacielem albo najgorszym wrogiem – powiedziała Houston w wywiadzie dla znanej dziennikarki sieci ABC Diane Sawyer w słynnym już wywiadzie z 2002 roku – przypomina AP.

W jednym z wywiadów Houston powiedziała, że powodem jej ucieczki w narkotyki było dramatyczne małżeństwo z Bobby Brownem (pobrali się w 1992 roku). W 1993 został on oskarżony o stosowanie przemocy wobec żony. Para rozwiodła się w 2007 roku. Ze związku z Brownem urodziła się jedyna córka gwiazdy Bobbi Kristina.

************************Whitney Houston**********

Posted in "Historie Niesamowite Ale Prawdziwe | 1 Comment »

 
%d blogerów lubi to: