edgier25

WordPress – Wiadomości

KONIUCHY – HISTORIA PRAWDĄ PISANA

Posted by edgier25 w dniu 15 Lipiec 2013


Zbrodnie żydowskich “partyzantów” na polskiej ludności – Koniuchy i Naliboki

Wstep Niniejszy zbiór tekstów stanowi próbę zaprezentowania partyzantki żydowskiej na ziemiach II RP pod okupacja niemiecką. Wybór tekstów został zaopatrzony w obszerną listę zewnętrznych artykułów uzupełniających, jednak dla wyrobienia sobie przez czytelnika opinii o całokształcie zjawiska powinny wystarczyć publikacje zaprezentowane poniżej.

Szczególnie polecany jest pierwszy z tekstów, ponieważ przybliża on aspekty ekonomiczne działania oddziałów partyzanckich i prezentuje dogłębnie i z dużą dozą empatii położenie ludności wsi – łupionej zarówno przez okupanta, jak i najróżniejsze bandy. Dopiero zapoznanie się z tym tekstem daje czytelnikowi właściwą perspektywę przy analizie pozostałych tekstów – o zbrodniach w Nalibokach i Koniuchach.

Niniejszy zbiór tekstów ma na celu pokazanie czytelnikowi, że w “rachunku krzywd wzajemnych”, tak często podnoszonym przez stronę żydowską przy okazji najrozmaitszych roszczeń, to po stronie Żydów znajdują się okreslone powinności wobec Polaków, a nie na odwrót. Przed Polakami jest zatajane zło wyrządzone Polakom przez Żydów, jednocześnie najróżniejsze ośrodki próbują obarczyć Polaków odpowiedzialnością za niemieckie zbrodnie. Sztandarowym przedsięwzięciem “pedagogiki winy” / “pedagogiki wstydu” jestwywoływanie w Polakach poczucia winy za mord w Jedwabnem, ostatnio przy pomocy filmu “Pokłosie”. Polskim obowiązkiem jest nie tylko zdjąć z pleców innych Polaków brzemię fałszywej winy w sprawieJedwabnego, Radziłowa i innych miejscowości na szlaku Gestapowców i SS-manów pod wodzą Hermanna Schapera. Polskim obowiązkiem jest również zaszczepienie Polakom świadomości, kto próbuje im tą “winę” zaszczepiać, jak nieczyste jest jego sumienie – oraz jak wielka jest krzywda wyrządzona przez niego Polakom. Dodatkowo czytelnik może się przekonać, jak cynicznie jest nadużywany termin “antysemityzm”. Warto przypomnieć, że i dziś określane “antysemityzmem” żądanie prymatu interesów narodu polskiego w państwie polskim nad interesem narodu żydowskiego – antysemityzmem nie jest. Jest prawem przynależnym narodowi polskiemu na jego ziemi.

Spotwarzona przeszłość: Partyzantka żydowska

Źródło: Roman Kafel, Spotwarzona przeszłość, czyli o żydowskich zbrodniarzach wojennych, fragment rozdziału “Partyzantka żydowska”, komentarze i wyróżnienia tekstu: redakcja PMN.

Walka partyzancka na terenach Polski miała głębokie tradycje narodowe. Polacy wiele razy w przeszłości zmuszeni byli prowadzić wojnę partyzancką. Śmiem zaryzykować twierdzenie, że nawet byli pewnego rodzaju specjalistami i mogli pochwalić się dużymi osiągnięciami na tym polu.

Jest to jeden z najtrudniejszych sposobów walki. Sięgać zatem do niego można i należy tylko i wyłącznie w sytuacjach absolutnie usprawiedliwiających takie, a nie inne rozwiązania.

Utrzymywanie walczących oddziałów leśnych z ich bazami to ogromne obciążenie dla ludności cywilnej, bez której kooperacji ich przetrwanie jest zupełnie niemożliwe. Wiedzieli o tym dowódcy Sił Zbrojnych Podziemnego Państwa Polskiego. Dlatego też decyzje o skierowaniu do oddziałów leśnych podejmowano po uprzednim dokładnym rozeznaniu sprawy i uznaniu, że nie ma innego wyjścia. Do oddziałów leśnych kierowano przede wszystkim młodzież z Ruchu Oporu, która została “spalona” i nie miała żadnej możliwości powtórnej legalizacji.

Pojawienie się na jakimś terenie zorganizowanych grup leśnych natychmiast wywoływało reakcję władz okupacyjnych, które niezwłocznie podejmowały próbę likwidacji takowych. Nie trzeba tu nikogo przekonywać, że najbardziej zagrożona w takich sytuacjach była ludność cywilna. Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę z jej roli, zatem stawała się ona pierwszym celem ich zabiegów dążących do likwidacji grup. Próbowano też wśród niej werbować płatnych informatorów, informatorów szantażowanych i więzionych, próbowano represji różnego kalibru, a często wręcz fizycznego odwetu. Po wsiach i osadach wałęsało się stale pełno nieznanych i podejrzanych osobników. Nie brakowało wśród nich Żydów, ani Polaków, płatnych agentów Gestapo (uwaga red.: Patrz teżŻGW). Ich zadaniem było rozpracowywanie partyzantki – jej kontaktów, ludzi jej przychylnych. Powodowało to dodatkową trudność, nie zawsze było można udowodnić kto jest kim. W przypadkach udowodnienia szpiegostwa, karano śmiercią. Takie są prawa wojny. Nie możemy też zapominać, że bezpośredni ciężar utrzymania tych zbrojnych grup spoczywał na tej samej ludności. Ponieważ Niemcy w takich przypadkach profilaktycznie oczyszczali cały teren z nadwyżek żywności, możemy sobie łatwo wyobrazić, jak przyjmowała rekwizycje ludność, zwłaszcza rekwizycje bez żadnego finansowego zadośćuczynienia – niezależnie do tego, kto jej dokonywał.

Ten krótki rys uświadamia nam jak wrażliwym przedsięwzięciem było działanie grup zbrojnych w lasach. Jak uważnie i odpowiedzialniemusiało zachowywać się dowództwo, aby nie naruszyć delikatnej równowagi w tak zapalnej sytuacji. Owszem, można było liczyć na patriotyzm miejscowej ludności, na ich identyfikację z walczącymi, ale nie zapominajmy, że wszystko ma swoje granice.

Ludność rolnicza musiała oddać horrendalne wymiary obowiązkowych dostaw w naturze, wymagane prawem okupacyjnych władz niemieckich; to, co jej zostawało, było po prostu niezbędnym do przeżycia minimum, dla całych rodzin. Dlatego też większość akcji polskich partyzantów skierowana była na zdobycie prowiantu i zaopatrzenia bezpośrednio w instytucjach i majątkach ziemskich podległych Niemcom. Dokonywano napadów na kasy gminne i banki, pozyskując środki na zapłatę za zaopatrzenie. Do rekwizycji chłopskich sięgano tylko w sytuacjach bezpośredniego przymusu i braku jakiejkolwiek innej możliwości, zawsze zostawiając pokwitowanie dające poszkodowanym nadzieję na wyrównanie krzywdy. W miarę możliwości żywność kupowano, a nie rabowano. To różniło partyzantów od zwykłych band kryminalnych. [138]

Nie zawracali sobie głowy takimi drobnostkami partyzanci sowieccy, jak i współpracujący z nimi Żydzi. Powodowało to od samego początku wiele nieporozumień i niesnasek pomiędzy Żydami i przywództwem polskiego podziemia. Wielokrotnie zwracano się z Londynu do podległych Sił Zbrojnych w Polsce z rozkazami pomocy Żydom, i wielokrotnie nadchodziły z Polski wyjaśnienia o niemożliwości takowej akcji, z podaniem całego szeregu powodów. Wsród tych przyczyn nie było nigdy wymienionego… antysemityzmu. [139] Natomiast badając źródła żydowskie, antysemityzm występuje jako jeden, jedyny i najważniejszy ich zdaniem powód, dla którego partyzantka żydowska w polskich lasach spotykała się z takim wrogim do niej stosunkiem ludności miejscowej.

Od pierwszych chwil młodzi ludzie związani z żydowską konspiracją szukali możliwości przeżycia okupacji w najbardziej bezpieczny sposób. Od chwili rozruchu gigantycznej akcji wysiedlenia gett wiadomym było, że getto to ostatnie miejsce, w którym można będzie przeżyć. Z nadzieją zatem patrzono w lasy, w których wydawało się Żydom, można będzie bezpiecznie przeżyć wojnę. Od razu też monitowano polskie władze o stworzenie baz leśnych, o wydanie broni i o zorganizowanie partyzantki żydowskiej. Żądania te stawiano w czasie, gdy jeszcze w ogóle nie istniały jakiekolwiek polskie bazy leśne, a istniejące grupy dywersyjne w lasach koczowały na krótkich biwakach i w czasie prowadzenia ćwiczen. Potwierdzają to sami Żydzi, którzy szukając baz leśnych nie znaleźli “ani partyzantów, ani baz, ani nic”. Władze polskie przepojoneduchem antysemityzmu pozostawały głuche na wezwania i żądania młodych żydowskich bojowców. Zmuszeni zostali sami zadbać o siebie. A hańba za to spada na Armię Krajową i na cały polski naród…

Podczas procesu Eichmanna w zagrodzie dla świadków stanął… legendarny bohater, partyzant z getta wileńskiego, poeta Holokaustu Abba Kovner. Jak przystało na poetę, salę sądową wypełnił szlochem obecnych, skarcił parokrotnie sędziów, którzy starali się mu przypomnieć, że to sala sądowa a nie scena… Zupełnie inaczej przedstawia go Chaim Lazar w swej książce “Destruction and Rebelion” (“Zagłada i Powstanie”). Oto Abba Kovner sam mianuje się dowódcą oddziału zbrojnego Hashomer Hatzair, gromadzi broń, szkoli ludzi, przygotowuje się do walki. Ale w dziwny sposób nigdy nie wykorzystuje tych sił do walki w getcie, do obrony Żydów. Zamiast tego wchodzi w układy z przewodniczącym Judenratu Wilna Gansem i szefem policji żydowskiej Desslerem. Zawierają między sobą umowę: oni nie przeszkadzają jemu i nie ruszają jego ludzi, on nie miesza się do ich spraw. Gdy przyjdzie moment końcowy, pozwolą im opuścić getto. Wszyscy trzej zgadzają się z punktem widzenia dra Weizmana i Nathana Shwalba z Żydowskiej Agencji w Szwajcarii. Czyli zgadzają się poświęcić starszych na rzecz ochrony i zachowania młodzieży. Dessler, szef policji żydowskiej, pisze w swym pamiętniku: “Ci, co zostali deportowani, zostali wyselekcjonowani przez moją policję, bo chciałem oszczędzić młodych i inteligencję, którzy są naszą przyszłością. Gans, szef Getta Wileńskiego, którego żoną była chrześcijańska Litwinka zawiadomił go, że zabrano 400 starszych ludzi z miejscowości Vismini i przekazano ich Niemcom. Kiedy Weiss (Gestapo) przyszedł i zażądał kobiet i dzieci, ja powiedziałem mu, aby wzięli starszych, bo oni nam wybaczą, bo nie mamy wyboru, a tylko i wyłącznie poświęcić ich na ołtarzu naszej przyszłości.” [140]

Kiedy nastapiła chwila likwidacji, partyzanci przygotowywali się do opuszczenia getta. Artykuł 22 ich własnej Konstytucji przewidywał, że w obliczu likwidacji getta partyzanci podejmą walkę. Otworzą drogę z getta i pozwolą Żydom decydującym się na to na ucieczkę w lasy. Tam będą prowadzić dalszą walkę.

O wyjściu z getta powiadomiono tylko nielicznych członków oddziału Kovnera, nakazano im zachowanie ścisłej tajemnicy. Ale jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, informacja rozeszła się lotem błyskawicy. Za każdą grupką bojowców opuszczających getto biegły całe tłumy ludzi, zwykłych Żydów, młodych, silnych, gotowych do walki; prosili Kovnera, aby pozwolił im iść. Odpędzano ich z pistoletami w dłoniach. Nielicznym udało się przemknąć i opuścić getto. Właśnie oni odegrali później największą rolę w partyzantce. W rzeczywistości getto opuściło zaledwie 50 bojowców. Urządzili oni w lesie bazę partyzancką. Wiedzieli o tym Żydzi, którzy na własną rękę opuścili getto i szukali schronienia. Jak opiekowali się nimi ich żołnierze syjoniści, pozwólmy opowiedzieć świadkowi: “Do lasu weszły dwie kobiety, jedna przyprowadziła syna i córkę. Tułały się po drogach przez wiele tygodni, bo dowiedziały się, że w lasach są żydowscy partyzanci. Liczyły, że zmiłują się nad ich losem i przygarną. Tygodnie koczowały na skraju lasu trzęsąc się w łachmanach z głodu i zimna, ale dowództwo nie miało nad nimi litości. Wiele razy odpędzano je, strasząc zastrzeleniem. Wiele razy polecano to bojowcom, lecz ci na szczęście nie zrobili tego, a nawet pomagali im jakoś, byle nie dowiedzieli się o tym dowódcy”. “…do obozu doszła grupa Żydów z Ishishuk (Ejszyszek?). Byli przechowywani przez chłopów, ale zrobiło się już tak niebezpiecznie, że nie mogli tam zostać ani chwili dłużej. Oczywiście dowódca odmówił, wiedząc dokładnie, że oznacza to pewny wyrok śmierci dla tych ludzi. Tułali się potem przez wiele tygodni na obrzeżach obozu, aż zostali przejęci przez partyzantów sowieckich. Wtedy też i Kovner zabrał paru…” [141]

Oto zaledwie garść wspomnień naocznych świadków bohaterskich wyczynów bojowców. W krótkim czasie “akcje bojowe” żydowskich partyzantów dały się mocno we znaki miejscowej ludności. Terroryzując bronią dokonywali rekwizycji żywności w sposób, który przypominał raczej zwykły bandycki rozbój niż akcję wojskową. Akcja taka wyglądała mniej więcej tak: “Ja byłem jednym z dziesięciu, wysłanych na akcję ekonomiczną. Została na nią wybrana polska wieś koło Hoduciszek. Przybywszy do niej wystawiliśmy patrol ochronny i zażądaliśmy od czterech chłopów, aby zaprzęgli konie do swoich wozów. Potem szliśmy od chałupy do chałupy, zabierając worki z ziemniakami, mąką i mięso. Wzięliśmy również dwie krowy. Po załadowaniu naszej zdobyczy na wozy i przywiązaniu do nich krów zaczęliśmy odwrót do naszej bazy. Gdyśmy przybyli do rzeki niedaleko niej, zostawiliśmy chłopów na brzegu, a sami pojechaliśmy dalej. Po wyładowaniu zapasów, powróciliśmy do czekających na nas chłopów i odesłaliśmy ich do domu z pustymi wozami.” Sam autor musiał widocznie dojść do wniosku, że coś z tymi akcjami było nie tak, skoro dalej pisze: “…Tym razem trzydziestu z nas poszło na ekonomiczną akcję, na którą wybraliśmy litewską wieś oddaloną o 25 km od nas. Bo do tego czasu nie pozostało już nic do zabierania ze wsi położonych bliżej nas, które zostały stopniowo ogołocone z zapasów żywności i bydła przez naszych partyzantów. I zdobywanie prowiantu stawało się coraz trudniejsze, prowadząc coraz częściej do walki”. [142]

Nie wiem, czy wychowani w miastach bojowcy żydowscy do dnia dzisiejszego zdołali dowiedzieć się, co złego robili? Idę o zakład, że na pewno nie. Dlatego też z uporem maniaków historycy żydowscy usprawiedliwiają ich “akcje ekonomiczne”, bo przecież ich ludzie musieli jeść. Tak, ale tylko człowiek z miasta patrzy na krowę jak na mięso. Dużo mięsa. Chłop natomiast na krowę patrzy jak na żywicielkę, dostarczycielkę mleka, śmietany, masła i sera. Krowa traktowana jest jak członek rodziny. Jest dumą rodziny. Wyobraźnia bojowców nie sięgała tak daleko. Czy ktokolwiek potrafi zrozumieć chłopa, któremu zabiera się ostatnią krowę? Chyba tylko ten, co sam pasł krowy i wie, że każda z nich miała swoje imię, swój własny charakter, była członkiem rodziny, od którego zależał jej los. Krowa w domu to nadzieja, że nie będzie głodu. Chłopi karmili się lebiodą, puchli z głodu i czekali cierpliwie na wycielenie, dzieląc cenne mleko pół na pół pomiędzy swoje dzieci i cielaczka. Czy ktoś widział, jak rodzina leczy krowę, jak głaszcze mokry pysk, jak mówi do niej? Czy ktoś widział, jak chłopska rodzina płacze za krową? Jeżeli tak, to wie o co chodzi… To rozumie i czuje to, co czuli rabowani chłopi… Szkoda, że nikt nigdy o tym nie mówił – bo czy to jest wstydliwy temat? Czy można wstydzić się swego sposobu życia?

Jeżeli ktokolwiek potrafi to zrozumieć, ze zdziwieniem odkryje jak ogromnie chłopi, Polacy musieli nienawidzić Niemców, że ich natychmiast nie powiadamiali o aktach rozboju ze strony żydowskiej partyzantki i nie naprowadzali na miejsca postojów. Że nie mordowali ich z zimną krwią. Proszę nie zapominać, że nie ma gorszej zbrodni dla chłopów niż kradzież bydła, a zwłaszcza ostatniej sztuki. Bo zabranie ostatniej krowy to wyrok śmierci na całą rodzinę. Od stuleci wiadomo było jak na wsi karze się takich złodziei. Z takimi nikt nie bawił się w sądy. Siekierą w łeb i do dołu. Prymitywna – ktoś powie – barbarzyńska, prymitywnie pierwotna sprawiedliwość. Tak. Oczywiście, ze tak. To prawda, bo takie jest święte, naturalne prawo do samoobrony. Stąd ta nienawiść, o której meldują dowódcy polskich oddziałów leśnych. Nienawiść do rabujących ich bandytów – w oczach chłopów – najgorszych. Bo takich, co skazują na powolną śmierć. Czy było to odosobnione? Tylko polskie? Nie, podobna tradycja tkwi do dzisiaj w Ameryce, zwłaszcza na Zachodzie, gdzie kradzież konia była karana natychmiastowym linczem. W Teksasie nazwanie kogoś koniokradem do dziś uchodzi za najgorszą obelgę. Nie ma nic podlejszego, bardziej godnego pogardy. Jestem zdania, że wielu z partyzantów do dzisiaj jest święcie przekonanych, że owa wrogość to był po prostu – zwyczajny polski zwierzęcy antysemityzm. Oczywiście jest to najwygodniejsze tłumaczenie, bo antysemityzm jest jednym z najpożyteczniejszych wynalazków, na jakie wpadli Żydzi-syjoniści. Czy jest to jednak wyjaśnienie prawdziwe? Nie!!!

Ale komu chciałoby się nad tym zastanawiać. Ciekawe jest dla mnie, i zarazem przykre, że nigdzie nie natrafiłem nawet na próby wyjaśnienia, czy próby zrozumienia zachowań ludności chłopskiej przez historyków żydowskich. Jest to zapewne wynikiem odmienności kulturowej (uwaga red.: Redakcja jest podobnego zdania, aczkolwiek wyjaśnień szukałaby w zwojach Talmudu, szczególnie tych traktujących o czynach dopuszczalnych wobec goim.). Być może zupełnie uczciwie nikt z nich o tym nie pomyślał. A jest to tak ważna sprawa. Nie wolno było o niej zapominać. Gdyby Żydzi potrafili czasami posłuchać, wielu nieszczęść mogli by uniknąć. Jednakże ich wiara w Antysemityzm przysłania im w wielu przypadkach zdolność jasnego myślenia i zdrowej, bezstronnej oceny oczywistych faktów.

Drugim, równie ważnym powodem niechęci ludności do żydowskiej partyzantki było zachowanie jej członków. Ludność wiejska na całym świecie jest bardziej konserwatywna, zachowawcza, o wiele bardziej religijna. Wielu powie “zacofana”… Może i tak. Zależy jak na to zacofanie patrzeć. W Polsce, w czasie wojny było to jednym z głównych powodów, dla których ani partyzantka żydowska, ani sowiecka nie miały oparcia w ludności cywilnej. Większość partyzantów żydowskich stanowili ludzie z miast, którzy już tylko przez sam fakt pochodzenia z miasta reprezentowali zupełnie odmienny typ kultury i obyczajowości. W przypadku Żydów było to spotęgowane całkowicie obcym i odmiennym typem kultury, językiem, religią. Zderzenie tych dwóch, tak odmiennych typów cywilizacyjno-kulturowych w tak ekstremalnie ciężkich warunkach nie było łatwym do strawienia ani dla jednych, ani dla drugich. W wielu przypadkach Żydzi tworzyli zwykłe zdemoralizowane bandy kryminalne, które nigdy nie zasługiwały na miano partyzantów, mimo że mienili się nimi od początku do dnia dzisiejszego. Bandy takie istniały obok tysięcy takich samych kryminalnych band polskich, jak i mieszanych. Ich członkowie od początku wojny liczyli tylko na siebie, swoje kontakty i meliny. Znali siłę pieniądza, mieli swe kontakty z półświatkiem i jednakowo unikali jakiejkolwiek zwierzchności – zarówno Niemców jak i Polaków, a już szczególnie Żydów zapełniających Judenraty. Wiedzieli oni od początku, że nic dobrego nie może ich spotkać z ich strony, toteż od pierwszych dni nie podporządkowali się ich jurysdykcji, spisom etc., pozostali i działali luzem, w zawieszeniu, poza prawem, poza układem. Prawem byli sami dla siebie, sami je sobie stanowili, sami wymierzali; gorzej, że od pewnego momentu chcieli i próbowali rozciągać je na innych. Ich cel był taki sam jak i pozostałych – przeżyć – za wszelką cenę przeżyć, z drobną małą różnicą: oni chcieli przeżyć w miarę wygodnie i dostatnio, a nawet dorobić się! – dlaczego nie?.. I nie widzieli w tym nic złego, a że odbywało się to kosztem innych? No to co z tego?! Mieli do tego prawo! A kto myśli inaczej, znaczy że wyssał z  mlekiem matki i  jest zoologicznym… No właśnie. Byli oni dobrze uzbrojeni i zaopatrzeni w różnego rodzaju towary, które rabowali, kupowali w gettach, a którymi handlowali – jeśli nie mogli rabować. Nie należały takowe grupy do rzadkości, a raczej stanowiły znakomitą większość partyzantów. Gros takowych bojowców wywodził się z marginesu społecznego, z elementu przestępczego, który zawsze sam sobie radził najlepiej i nie dbał i nie oglądał się na żadne przywództwo polityczne. Jakakolwiek zwierzchność była dla nich tylko i wyłącznie przeszkodą. Bezprawie i okupacyjny chaos były dla ich przedsiębiorczości idealnym środowiskiem naturalnym. Idealnymi warunkami do działania. “Oni nie cierpieli biedy, mieli dość zasobów, aby zacząć nimi handlować od zaraz… chełpili się, że przynieśli dość rupieci, za które stać ich na branie sobie do łóżka sziks… “…biło od nich chamstwo, grubiaństwo i chuligaństwo… i choć niewątpliwie byli gotowi oddać życie w obronie Żydów, to jednak nic nie przeszkadzało im zatrzymać wóz pełen Żydów i obrabować ich od stóp do głów”. [143]

Odnoszenie się w podobny sposób do ludności polskiej, nachalne napastowanie dziewcząt i kobiet, gwałty i akty samowoli powodowały, że ludność polska po prostu traktowała ich tak, jak na to zasługiwali, zwracając się niejednokrotnie z prośbą do oddziałów polskich, jak i zresztą rosyjskich o poskromienie najbardziej rozwydrzonych. I takie akcje karne miały miejsce. Zapadały wyroki. Ginęli bandyci, zdemoralizowani złodzieje i gwałciciele – zarówno Żydzi jak Polacy, jak Rosjanie, Białorusini i Litwini – i to jednako z rąk Polaków i Rosjan, wśród których było wielu dowódców Żydów. Podobnie historycy polscy i rosyjscy wiedzą o tym zjawisku i odnotowują je jako fakt likwidacji groźnego wojennego bandytyzmu. Cóż, obok bohaterów każdy naród ma swoich nędzników. To znaczy nie każdy… Dziś oczywiście wszystkie bez wyjątku działania policyjno – porządkowe regularnych oddziałów zbrojnych, zarówno polskich jak i sowieckich przypisywane są… tylko Armii Krajowej, a jej akcje karne przedstawia się jako… akty dzikiego antysemityzmu Polaków – nie karzących bandytów, lecz… mordujących biednych ocalonych z Holokaustu. [144]

Najlepszym przykładem niech będzie opowiedziana mi historia…Pewien były partyzant – dziś elegancki, starszy, mieszkający w USA pan z tytułami naukowymi – wspominając stare dzieje, zapytany o istnienie antysemityzmu mówi po zastanowieniu, że chyba istniał i owszem… Bo – powiada – “…myśmy za was (Polaków niby) walczyli, a wasze kobiety nawet nam p… nie chciały dać”. Patrzcie państwo, to dopiero oburzające, to oni za ich chłopów walczyli!!! A one… co za szelmy antysemickie!!! Ano – nie chciały i nie dawały, ale nie dlatego, że byłyzoologicznymi antysemitkami… one po prostu były uczciwymi kobietami. Taka prosta prawda. Ale proste prawdy najtrudniej zrozumieć, lepiej zwalić wszystko na garb polskiego, wyssanego z  mlekiem matek antysemityzmu.

Samo przeżycie w lesie sprawia dość dużo kłopotów. Zwłaszcza jeżeli otoczonym się jest przez inne aktywne grupy partyzanckie i to zarówno sowieckie jak i polskie, których jedynym zadaniem jest walka. I chociaż Żydzi odnosili się z większą ufnością do komunistów, ucierpieli i od nich, a w zasadzie od nich najwięcej, gdyż na terenach wschodnich polskie grupy partyzanckie pojawiły się dopiero na jesieni 1943 roku. [145]

Dowódcy partyzantów sowieckich widząc, że Żydzi nie palą się do walki, a broni używają do rozbojów powodując wrogość ludności do wszystkich grup partyzanckich, odbierali im broń mówiąc, że ją marnują. Ci, pozbawieni broni, nie mogli dokonywać rekwizycji, bo chłopi rozprawiali się z nimi natychmiast po swojemu, co do dzisiaj… przypisywane jest polskim partyzantom. Wydaje mi się, że dlatego, że taka wersja brzmi lepiej i lepiej się jej słucha. Łatwiej opowiada się o znoszeniu bicia z rąk partyzantów – było nie było uzbrojonych i zorganizowanych, ponadto działających na wyraźny rozkaz nieprzychylnych, faszystowskich władz zwierzchnich, przepełnionych na dodatek antysemityzmem – niźli od zwykłych chłopów, którzy po prostu nie dawali się rabować, a broń też potrafili znaleźć, a i nawet bez broni potrafili nieźle przyłożyć i porachować zęby. Nie pierwszy i nie ostatni raz Dichtung und Wahrheit zaciemnia prawdziwy obraz przeszłości – oddając jednak cały czas nieocenione usługi propagandowe.

Pewne, dodatkowe światło na działalność grup przestępczych rzucają raporty okupacyjnych władz niemieckich. W drugiej połowie 1942 roku naliczono 310 aktów sabotażu, dokonanych przez zorganizowane grupy bojowe, a aktów bandytyzmu (po niemiecku Raubeubeffalle), dokonanych przez różnego rodzaju dzikie grupy pretendujące do miana partyzantów, zarejestrowano 6925. W pierwszej połowie 1943 roku, kiedy AK zaktywizowała działalność, podobnie jak AL i GL, liczba prawdziwych partyzanckich akcji wzrosła do 2635, natomiast aktów bandytyzmu do 16 390, z czego 20% można zaliczyć do działalności czysto bandyckiej; reszta była dziełem dzikich grup żydowskich i sowieckich.

Powstawały one z ludzi, którzy byli zbiegami z obozów jenieckich, obozów pracy, gett, więzień etc. Ich los nie był do pozazdroszczenia, a ich chęć przeżycia była przyjmowana ze zrozumieniem i sympatią, przynajmniej na początku. Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy ludność stała się obiektem ich brutalności. Kiedy przeobrazili się w zwykłą plagę – rabującą, gwałcącą, mordującą i kradnącą. Nie chcieli pracować, pomagać rolniczej ludności, która była największą ofiarą wojny. Uważali, że etykietka partyzanta upoważnia do życia na rachunek ludności, a broń jest tego legitymacją. Wielu z tych partyzantów po wojnie za swe “zasługi” zostało skierowanych do pracy w Urzędach Bezpieczeństwa. Jak potrafili oni wykorzystać swe doświadczenia z partyzantki dobrze wiedzą członkowie AK – bo to właśnie przeciwko nim skierowana była głównie ich nienawiść. Nienawidzili ich za wiele różnych spraw. W zasadzie za wszystkie swoje niepowodzenia. Ale głównym powodem było to, że AK-owcy byli niestety świadkami ich wątpliwego bohaterstwa. Byli oni tymi świadkami, którzy dokładnie wiedzieli, jaka jest prawda, co jest prawdą, a co jest Dichtung und Wahrheit…(uwaga red.: R. Kafel wyjaśnia to sformułowanie następująco: ‘Dichtung und Wahrheit – “część prawdy, część natchnienia poetyckiego”, których procent zawartości zmieniał się w zależności od “wymagań chwili”‘ – w skrócie – łgarstwo z [niewielką] domieszką prawdy.). Dlatego mordowali ich gdzie tylko i jak tylko mogli.

Idealistyczne wyobrażenia, szalone sny, wielkie puste słowa, kryjące gnuśność i zwykły ludzki strach, a przede wszystkim szalone ambicje i nadzieje na odegranie wielkiej roli w wolnym wymarzonym Izraelu. Mieszanie fikcji z rzeczywistością. I absolutne, całkowite i konsekwentne – i, co najgorsze, w pełni świadome – rozmijanie się z prawdą. Pogarda dla prawdy, zastąpienie jej, w zależności od potrzeby chwili, totalnym politycznym i życiowym relatywizmem. I dzika nienawiść do wszystkiego, co nie chciało się im podporządkować i ich celom służyć dokładnie tak, jak to sobie wyobrażali.

(…) [138] Jak ważnym był problem i jak do niego poważnie podchodziły władze Polskiego Podziemia, niech świadczy o tym dokument Załącznik Nr 1 do pisma nr 252/Kdw. podpisany przez Grabice, znajdujący się w Centralnym Archiwum KC PZPR, sygn. 203/I-2,20: “Rozdział V. pkt. a) Stosunek do ludności cywilnej musi być wzorowy. Ludność sprzyjającą oddziałowi partyzanckiemu należy otoczyć opieką i nie narażać jej niepotrzebnie na represje ze strony okupanta. Wszystkie warstwy społeczne mają być sprawiedliwie traktowane. “Rozdz. V pkt. b) Nie wolno podejmować żadnej akcji zbrojnej przeciw partyzantce sowieckiej, niedopuszczalne jest denuncjowanie jej do władz niemieckich.”

[139] Patrz Ludwik Landau “Kronika lat wojny i okupacji” (Warszawa, PWN, 1962, t. II, str. 223): “Działające w wielu okolicach bandy żydowskie spotykają się często z zarzutami mordowania i grabienia miejscowej ludności”. Patrz Josph Kermish “Postscript to Ringelblum”, str. 290: “Nastawienie do uzbrojonych Żydów jest tak wrogie, że w warunkach walki podziemnej nie jesteśmy w stanie przyjąć odpowiedzialności za ich bezpieczeństwo. Wielką rolę odgrywa tu wrogość, spowodowana postawą Żydów do nas pod okupacją sowiecką i obecne postępowanie band żydowskich, nękających ludność swą brutalnością i rabunkami”.

[140] Patrz Chaim Lazar “Destruction and Rebelion” oraz Reb Shonfeld “The Holocaust Victims Accuse”, str. 31.

[141] Ibidem.

[142] Patrz Yitzak Arad “The Partisan” (New York, Holocaust Library, 1979, str. 118 i 151). Pan Yitzak Arad (Rudnicki), późniejszy generał Sił Zbrojnych Izraela.

[143] Patrz Ytchak Zukermann “Surplus of Memory”, str. 591, 610, 611.

[144] Patrz akta procesowe gen. Augusta Emila Fieldorfa “Nila”, Prokurator generalny PRL Nr DSU 2 Rn 15/89 Warszawa 1989 03.07 – skazanego na karę śmierci za m. in. rzekome mordowanie partyzantów radzieckich i ludności żydowskiej w województwie białostockim (237 osób), nowogrodzkim (799), lubelskim (20). W postanowieniu o umorzeniu śledztwa i rehabilitacji czytamy “Prokurator Generalny PRL… postanowił… zmienić na korzyść podejrzanego postanowienie z 4 lipca 1958 toku przez przyjęcie, iż podstawą umorzenia jest stwierdzenie, iż August Emil Fieldorf nie popełnił zarzucanego mu czynu. …zeznania świadków obciążających A. Fieldorfa zostały brutalnie wymuszone w toku śledztwa prowadzonego przez organa bezpieczeństwa, zaś zeznania tych świadków w sądzie, były również przyjmowane przez sąd tendencyjnie… W okresie objętym zarzutem dochodziło do sporadycznych starć między partyzantami radzieckimi a oddziałami AK, lecz działo się to… w przypadku obrony jednostek AK atakowanych przez oddziały partyzantki radzieckiej lub gdy zachodziła potrzeba obrony ludności miejscowej przed grabieżą, gwałtami, mordami dokonywanymi przez grasujące na tym terenie różne ugrupowania zbrojne (a nawet bandy) nie podporządkowane AK. Należy mieć na uwadze, że AK uznawała za swój obowiązek ochronę bezpieczeństwa miejscowej ludności i utrzymywanie porządku.” Wyrok na gen. Fieldorfie wykonano 24 lutego 1953 roku. Rehabilitowano go po raz pierwszy w 1957 obalając fałszywe dowody, na podstawie których został skazany, przygotowane i przedstawione przez Prokuratora B. Wajsblecha.

[145] Patrz Yitchak Arad “Jewish Family Camps in the Forest”. Rescue Attempts During the Holocaust: Proceedings of the Second Yad Vashem International Historical Conference 1974 (Jerusalem, Yad Vashem, 1977, str. 345-348).

Rzeź w Nalibokach dziełem braci Bielskich, uznanych za żydowskich bohaterów narodowych?

Czy “partyzanci” Tewje Bielskiego pacyfikowali Naliboki?

Swego czasu kontrowersje wzbudził film “Opór” (Defiance), oparty na książce Nechamy Tec “Defiance. The Bielski Partisans” (“Opór. Partyzanci Bielskiego”). W filmie nie zobaczymy rzeczy najważniejszej. “Partyzanci” Tewje Bielskiego i Simchy Zorina są bowiem oskarżani o współudział w pacyfikacji Naliboków, dokonanej 8 maja 1943 r. przez zgrupowania sowieckie. Na ten temat dysponujemy już dość sporą literaturą (dokumentami, wspomnieniami, relacjami). Od lat toczy się też śledztwo w Instytucie Pamięci Narodowej. Twórcy filmu nie są tym jednak zainteresowani, więc największej “operacji wojskowej” nie zobaczymy, a szkoda, ponieważ przestaje to być historią, a jest tworzeniem szkodliwych mitów. Od 2001 r. Instytut Pamięci Narodowej – Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi prowadzi (na wniosek Kongresu Polonii Kanadyjskiej) śledztwo w sprawie zbrodni popełnionej przez partyzantkę sowiecką w Nalibokach. Pomimo że KPK załączył obszerną, bogatą dokumentację źródłową, śledztwo toczy się bardzo niemrawo. Według komunikatu IPN z 15 maja 2003 r., zbrodnię tę, jak też inne, popełnione na tym terenie “zakwalifikowano jako zbrodnie komunistyczne, będące jednocześnie zbrodniami przeciwko ludzkości, których karalność nie ulega przedawnieniu. Wskazać przy tym należy, iż są to jedynie najbardziej tragicznie przykłady. Wiele bowiem innych wsi i osad na terenie woj. nowogródzkiego było atakowanych przez partyzantów radzieckich”. Warto zwrócić uwagę, że w corocznym sprawozdaniu prezesa IPN dla Sejmu (był nim wówczas prof. Leon Kieres) usunięto wszelkie informacje o udziale w tej zbrodni osób pochodzenia żydowskiego (zob. “Informacja o działalności Instytutu Pamięci Narodowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w okresie 1 lipca 2001 r. – 30 czerwca 2002 r. Warszawa, wrzesień 2002″ –www.ipn.gov.pl). Wobec szybkiego wymierania bezpośrednich świadków (a także uczestników pacyfikacji) można założyć, że sprawa nigdy nie zakończy się wyjaśnieniem najważniejszych okoliczności, ustaleniem sprawców, a już z pewnością ich ukaraniem, choćby symbolicznym. Zostanie nam tylko film, którego bohater – jak James Bond – będzie dokonywać cudów w ekranowej walce z Niemcami.

Nieustanne pasmo zbrodni Kresy Północno-Wschodnie, a szczególnie tereny, gdzie podczas okupacji niemieckiej operowała grupa braci Bielskich, czyli Puszcza Nalibocka, znajdowały się pod faktyczną okupacją partyzantki sowieckiej. Ludność polska tych ziem przechodziła niewyobrażalną gehennę. We wrześniu 1939 r. tereny te zajęli Sowieci w wyniku porozumienia z hitlerowskimi Niemcami. Pierwsze represje i pacyfikacje ludności miały miejsce już od 17 września 1939 r., gdy komunistyczne bojówki (złożone głównie z mniejszości narodowych) atakowały i mordowały grupki polskich żołnierzy, ziemian, księży i urzędników. Był to proceder, który ogarnął całe Kresy. Zamordowano wówczas około 10 tys. ludzi, często w niezwykle okrutny sposób. Następnie była okupacja sowiecka. Do czerwca 1941 r. sowieccy komuniści (przy pomocy miejscowych kolaborantów, wśród których wymienia się także komunistów żydowskich) w kilku operacjach “deportowali” setki tysięcy ludzi na Sybir. Niezwykle dramatyczny był też początek wojny niemiecko-sowieckiej. NKWD pośpiesznie ewakuowało swe przeludnione więzienia i areszty, zabijając przy tym dziesiątki tysięcy więźniów. Niemcy, jako nowy okupant, niejednokrotnie witani byli jako wybawcy, albowiem wydawało się, że już gorzej być nie może. A jednak było. Lata 1941-1944 to nie tylko okupacja niemiecka, z krwawymi pacyfikacjami, wywożeniem ludzi “na roboty” i rozstrzeliwaniem za każde nieposłuszeństwo wobec nowej władzy. Na to przecież nakładała się jeszcze “druga okupacja”, czyli działalność partyzantki sowieckiej oraz licznych, szczególnie w pierwszym okresie, pospolitych band rabunkowych.

Między Niemcami a Sowietami W niezwykle trudnych warunkach rozwijała się na tych terenach polska konspiracja, głównie ZWZ-AK. W Puszczy Nalibockiej stacjonowało do 10 tys. sowieckich “partyzantów” (byli to głównie żołnierze sowieccy, którzy zostali za frontem w rozbitych jednostkach i nie poszli do niewoli). Sowieci szybko opanowali te masy, tworząc odgórnie struktury dowódcze i partyjne, zasilane politrukami zrzucanymi z samolotów. Ich celem głównym miała być partyzancka walka z Niemcami na zapleczu frontu. Jednostki te pozbawione były jednak większej wartości bojowej i w bezpośrednich starciach z doborowymi oddziałami niemieckimi nie miały szans. Stanowiły jednak śmiertelne zagrożenie dla partyzantki polskiej, którą zwalczały wszelkimi środkami (również drogą denuncjacji do Niemców). Tereny te bowiem traktowano już jako terytorium Związku Sowieckiego, na których “bandy białopolskie” były wrogiem numer jeden. Na to wszystko nakładały się jeszcze grupy i grupki ludności żydowskiej, zbiegłej do lasów i puszcz, ukrywające się przed Niemcami. Nastawione były przede wszystkim na przetrwanie, tworząc tzw. obozy siemiejnyje, czyli rodzinne. I właśnie jedną z takich grup (zwaną “Jerozolimą”) zorganizowali w Puszczy Nalibockiej i dowodzili nią bracia Bielscy. Jej fenomen – liczebność i przetrwanie całej okupacji niemieckiej – opisała Nechama Tec i stało się to kanwą wspomnianego filmu. Naliboki były w II RP uroczym kresowym miasteczkiem o wielowiekowej historii. Położone w powiecie stołpeckim, na skraju wielkiej i dzikiej Puszczy Nalibockiej, w pobliżu granicy II RP z Sowietami, żyło z dala od głównych wydarzeń. W 1939 r. liczyło ok. 3 tys. mieszkańców, wśród których ponad 90 procent było katolikami. W miasteczku żyło też 25 rodzin żydowskich. Okupacja sowiecka w latach 1939-1941 była wielkim dramatem. W ramach rugowania polskości Sowieci wywieźli z terenu powiatu stołpeckiego ponad 2 tys. ludzi, w tym część mieszkańców Naliboków. Na terenie pobliskiej puszczy gromadzili się rozbitkowie z Czerwonej Armii, tam też chroniła się ludność żydowska. Żydzi utworzyli dwa duże “obozy rodzinne”. Pierwszym zawiadywali bracia Bielscy (Tewje, Asael, Zus i Aron). Schronili się w nim uciekinierzy z Naliboków i pobliskich miejscowości. W 1944 r. liczył on 941 osób, w tym sporo kobiet i dzieci. Tylko 162 osoby były uzbrojone. Obóz drugi, pod dowództwem Simchy Zorina, gromadził uciekinierów z gett. Liczył 562 osoby (w tym 73 uzbrojone).

“Życie ludzkie straciło wszelką cenę” Ich celu nie stanowiła bezpośrednia walka z Niemcami, najważniejsze było bowiem przeżycie wojny. Obozy były jednak podporządkowane sowieckiemu dowództwu i na jego żądanie musiały każdorazowo wydzielać kontyngent uzbrojonych mężczyzn “na akcje”. Sowieci nie tolerowali na tym terytorium żadnych “obcych” sił, o czym świadczy bezwzględne zwalczanie polskiej partyzantki. Żydom pozostawili jednak ogromną autonomię, pozwalając im utrzymywać w obozie nawet synagogę. Dla polskiego podziemia sprawą najważniejszą było zapewnienie względnego bezpieczeństwa w terenie i ochrona ludności stale gnębionej przez pacyfikacje niemieckie, sowieckie oraz najazdy żydowskich i sowieckich “grup zaopatrzeniowych”. Raporty Delegatury Rządu z tego okresu są wstrząsające: “Zagadnienie bezpieczeństwa w ogóle nie istnieje a teren objęty partyzantką robi wrażenie “dzikich pól”. Życie ludzkie straciło wszelką cenę a doraźne egzekucje są powszechne na całym terenie. (…) Teren, gdzie Niemcy nie docierają, a zwłaszcza Puszcza Nalibocka, jest siedliskiem przeważnie sowieckich oddziałów dywersyjnych. Są one dobrze uzbrojone w broń ręczną i maszynową, dowodzone przez oficerów sowieckich specjalnie wyszkolonych do walki partyzanckiej i podobno liczą ok. 10.000 ludzi. (…) Ludność miejscowa jest zmęczona i znękana ciągłymi rekwizycjami a często i rabunkiem odzieży, żywności i inwentarza. Najbardziej dają się we znaki, zwłaszcza w odniesieniu do ludności polskiej tzw. oddziały rodzinne (siemiejnyje), składające się wyłącznie z Żydów i Żydówek w sile 2-ch batalionów” (Raport Delegatury Rządu, AAN, 202/III-193, k. 131, 160). Konflikty rodziły się przede wszystkim na tle osławionych “akcji zaopatrzeniowych”. Strona polska uznawała istniejące status quo, usiłując doprowadzić do jakichś porozumień z Sowietami, aby uniknąć gehenny ludności cywilnej. Stawiała jednak zdecydowane warunki, wśród nich podkreślała zaś wybitnie negatywną rolę grup żydowskich, działających z niezwykłym okrucieństwem. Odbyło się więc kilka spotkań oficerów Okręgu Nowogródzkiego AK z dowódcami sowieckimi. Już podczas pierwszego z nich, 8 czerwca 1943 r., strona polska zażądała, aby na akcje rekwizycyjne Sowieci nie wysyłali grup żydowskich: “(…) nie wysyłanie Żydów na rekwizycje (ludność się skarży) samorzutnie chwyta za broń w swej obronie, bo ci się znęcają, gwałcą kobiety i małe dzieci (…), obrażają ludność, straszą późniejszą zemstą sowietów, nie mają miary w swej nieuzasadnionej złości i w rabunku” (“Protokół spisany dn. 8 czerwca 43 r. przez Delegata Sztabu Głównego partyzantów polskich – Wschód – oraz Komendy Lenińskiej partyzanckiej brygady sowieckiej”. Archiwum WIH, III/32/10, k. 1).

Jedli, pili, gwałcili Grupy żydowskie przeprowadzały bowiem te rekwizycje (zwane operacjami gospodarczymi) najbardziej bezwzględnie. Według jednego z raportów, obóz Bielskiego “zgromadził” “200 t ziemniaków, 3 t kapusty, 5 t buraków, 5 t zboża, 3 t mięsa i 1 t kiełbasy”. Z raportów sowieckiej partyzantki wynika, że nie było problemu z wyżywieniem, co więcej, rabunki prowadzono na tak wielką skalę, że istniał wprost nadmiar żywności, a “partyzanci” mogli dowolnie wybierać rodzaj jadła: “Wyżywienie partyzantów jest bardzo dobre (…). Zawsze mają tłuszcze, mięso, mleko, jajka, kury itd. Odżywiają się jak żadne wojsko w czasie pokoju. Zapasów nie robią, ale jedzą cały czas bez końca”. Z kroniki jednej z brygad wynika, że “we wszelkich warunkach partyzant jadł bez ograniczeń. Duże spożycie mięsa źle odbijało się na zdrowiu niektórych partyzantów”. Jeszcze długo po wojnie sowieccy partyzanci wspominali te czasy jak raj na ziemi: “Po partyzancku mówiliśmy, jedz, ile się zmieści. To samo dotyczy mięsa. Do 1944 roku mięsem pogardzaliśmy. U nas była wyłącznie wieprzowina, cielęcina, baranina. (…) Wiele osób wzdycha teraz do tamtej kuchni”. W powojennych wspomnieniach żydowscy “partyzanci” z tych obozów podkreślali męstwo i niezwykłe zasługi obozu Bielskiego. Na przykład Anatol Wertheim pisał: “Na jego czele stało czterech braci Bielskich, synów młynarza spod Nowogródka. (…) Z czasem znalazło się w ich szeregach trzystu bojowników, których brawura stała się legendarna w całej Puszczy. Partyzanci z podziwem powtarzali opowieści o ich pomysłowych zasadzkach na Niemców, odważnych akcjach i o karach, jakie bracia Bielscy wymierzali kolaborantom”. Niestety, żaden z nich nie podaje konkretów, nie można więc zweryfikować owej potężnej akcji antyniemieckiej… O codziennym życiu i obyczajach panujących w tym obozie wiemy nie tylko z opowieści Nechamy Tec. Opisał je również czasowy zastępca Tewje Bielskiego, polski przedwojenny komunista Józef Marchwiński (który był żonaty z Żydówką o imieniu Ester i z tej racji został dołączony do obozu przez dowództwo sowieckie). “Bielskich było czterech braci, chłopów rosłych i dorodnych i nic też dziwnego, że mieli powodzenie u niewiast w obozie. Byli to mołojcy do wypitki i miłości, nie mieli jednak ciągotek do wojaczki. Najstarszy z nich (dowódca obozu) Tewie Bielski zarządzał nie tylko wszystkimi Żydami w obozie, lecz dowodził również dość licznym i ślicznym “haremem” – niby król Saud w Arabii Saudyjskiej. W obozie, gdzie rodziny żydowskie kładły się często na spoczynek z pustymi żołądkami, gdzie matki przytulały do wyschniętych piersi głodne swoje dzieci, gdzie błagały o dodatkową łyżkę ciepłej strawy dla swoich maleństw – w tymże obozie kwitło inne życie, był też inny, bogaty świat! Bielski i jego świta nie narzekali na złe warunki, na okupację. Posiadając złoto i kosztowności swoich ziomków, mogli prowadzić wystawny tryb życia. W ziemiankach braci Bielskich i najbliższego ich otoczenia, stoły uginały się od wytrawnych potraw i napojów, a liczne grono pięknych kobiet stale otaczało Tewie Bielskiego i jego trzech budrysów. Piękności te nie znały głodu i niedostatku. Były zawsze ślicznie ubrane a na ich rękach i szyjach lśniły blaskiem drogie klejnoty i kamienie, nie zbrukały też zbożną pracą swych białych rączek”. Z racji zgromadzonych na prywatny użytek bogactw Tewje był surowo oceniany w raportach sowieckich: “Bielski nie zajmował się pracą bojową, a spekulował w oddziałach. Brał od swoich partyzantów złoto na zakup broni i przywłaszczał je, a broni nie dawał”. On sam w swych powojennych wspomnieniach (wydanych w Palestynie w 1947 r.) podkreślał, że jego “Jerozolima” – “nigdy nie weszła do akcji z okupantem”.

U Simchy Zorina było bardzo… wesoło Podobnie było w sąsiednim obozie Simchy Zorina. Wspomniany Wertheim opisywał to z wyraźną nostalgią: “jedzenia było pod dostatkiem, a nawet gromadziły się zapasy. Jeszcze w dniu połączenia się z Armią Czerwoną wyciągnęliśmy z jeziora kilkaset zatopionych worków z mąką (…). Nadwyżki jedzenia posyłaliśmy nawet do Moskwy. Raz w tygodniu lądował na polowym lotnisku w puszczy samolot: przywoził gazety i materiały propagandowe, a zabierał z powrotem samogon, słoninę i kiełbasy naszego własnego wyrobu”. Wystawne uczty i alkoholowe libacje zajmowały czas “partyzantom”. W ocenie Wertheima – “Z powodu pijaństwa wydarzały się w oddziałach nieodwracalne tragedie – zbrojne konflikty, strzelaniny…”. Jednak to było dla nich nieistotne: “Najweselsze wizyty spędzałem z Zorinem. Nasz komendant był bardzo kochliwy, za moich czasów miał już drugą czy trzecią żonę w oddziale, ale uważał, że to wcale nie dosyć. Codziennie rano zasiadał do stołu w towarzystwie aktualnej żony Geni. Pod stołem stała przygotowana zawczasu kadź z samogonem, który Zorin czerpał filiżanką: wtedy pojawiała się kucharka sztabu Ethel i, głęboko patrząc szefowi w oczy, pytała go z przejęciem, czego sobie życzy na śniadanie. Zorin przesuwał czapkę w tył, drapał się przez chwilę w głowę i zamawiał zawsze takie samo “menu”: twarożek ze śmietanką na zakąskę, kawałeczek śledzia i kiełbasę naszego własnego wyrobu”. Broń służyła tym “partyzantom” nie tylko do przeprowadzania “operacji gospodarczych”. Gdy już dobrze pojedli i popili, korzystali jeszcze z innych uciech. Broń potrzebna im była przede wszystkim do terroryzowania okolicy, w poszukiwaniu nowych kobiet. To też bezwiednie ujawnił wspomniany Wertheim: “[Zorin] po śniadaniu, jeżeli był w dobrym humorze i nie miał akurat nic lepszego do roboty, wzywał mnie do siebie i proponował: “Nu dawaj, naczalnik sztaba, pajedziom żenitsia!”. Na “ożenek” jechaliśmy zazwyczaj do jakiejś odległej wsi, gdzie Zorin miał z góry upatrzoną dziewuchę. Zajeżdżaliśmy z fasonem – pod eskortą przynajmniej trzydziestu konnych. Nasz watażka zwracał się wprost do ojca wybranki, oznajmiając mu, że właśnie ma zamiar ożenić się z jego córką. Partyzantom w ogóle trudno było odmówić, a co dopiero takiemu komendantowi jak Zorin! Dla większego efektu wyciągał z kieszeni skórzany woreczek, wysypywał z niego na stół “świnki”, czyli złote carskie ruble, i bawił się nimi niby od niechcenia, dając do zrozumienia, że nie tylko z niego potężny komendant, ale też nie byle jaki bogacz! Ślub ciągnął się przez dwa, trzy dni, aż Zorin decydował, że pora wracać do oddziału i Geni – przynajmniej do czasu następnego ożenku”. Podobne “normy moralne” obowiązywały też w “Jerozolimie” Bielskiego, który przecież też miał swój harem. Trudno więc wymagać, aby taka “partyzantka” cieszyła się jakimkolwiek szacunkiem okolicznej ludności. Czy to zobaczymy w hollywoodzkim filmie? Ależ skąd, zarówno Bielscy, jak i Zorin są wielkimi bohaterami, którzy w ten sposób – dodatkowo uwiecznieni przez X muzę – wejdą do komiksowego panteonu II wojny światowej.

Pacyfikacja Naliboków 8 maja 1943 r. Jak doszło do ludobójczej pacyfikacji? Kto brał w tym udział? Niemcy nakazywali tworzenie w miasteczkach i wsiach, nękanych przez grupy sowiecko-żydowskie, tzw. samoochowy (samoobrony). To ona miała odpowiadać za bezpieczeństwo mieszkańców i bezproblemowe oddawanie kontyngentów żywności. W Nalibokach samoobrona powstała w połowie 1942 r. i była faktycznie przykrywką dla miejscowej placówki Armii Krajowej. Dla Sowietów “samoochowa” była solą w oku, traktowano ją jak jednostkę kolaboracyjną i starano się ją podporządkować swoim interesom. W końcu doszło do bezpośredniego spotkania dowódców polskiej samoobrony z przedstawicielami sowieckich partyzantów. W kwietniu 1943 r. Sowieci postawili ostre warunki: wyrażenie zgody na “rozbicie” samoobrony (która miała na stanie zaledwie 2 rkm i 26 starych kb), wcielenie jej do szeregów partyzantki sowieckiej i złożenie przysięgi na wierność Stalinowi. Polacy, ze zrozumiałych względów, przyjęli jednak tylko pierwszy warunek, uzgadniając datę przeprowadzenia pozorowanej akcji na 3 maja 1943 roku. Tego terminu Sowieci jednak nie dotrzymali. Ale rankiem 8 maja Naliboki zostały otoczone przez kolumny sowieckich i żydowskich “partyzantów” z Puszczy Nalibockiej. Pech chciał, że w miasteczku (w którym nigdy nie było żadnej placówki niemieckiej) akurat tego dnia nocował u swej ciotki policjant białoruski z Iwieńca, który na widok Sowietów wystrzelił i zabił jednego z ich dowódców. Dalej wypadki potoczyły się bardzo szybko i drastycznie. Wacław Nowicki, który był naocznym świadkiem, tak to opisał: “Godzina 5 rano, 8 maja 1943 roku. Długa seria z kaemu rozpruła poniżej okien frontową ścianę naszego domu, stojącą pod nią kanapę, przeleciała przez pokój i ugrzęzła w przeciwległej ścianie zaledwie kilka centymetrów nad naszymi głowami. (…) Mama dopadła okna. – Wieś płonie! – krzyczy. (…) O godzinie 7.00 strzały i jęki ucichły. Zewsząd wiało grozą śmierci i zniszczenia. Ocaleni od pogromu mogli teraz zobaczyć tragedię swego miasteczka i dokonanego w nim ludobójstwa. W niespełna 2 godziny zginęło 128 niewinnych ludzi. Większość z nich, jak stwierdzili potem naoczni świadkowie, z rąk siepaczy Bielskiego i “Pobiedy”. Mordercy obojga płci wpadali do mieszkań i seriami z automatów unicestwiali we śnie całe rodziny, a obrabowane w pośpiechu (nawet z zegarków) domostwa palili i pijani od krwi, z okrzykiem “hura!” szli dalej mordować. Wielu zbudzonych nagłą strzelaniną i jękiem sąsiadów wylatywało na podwórko. Tych rozstrzeliwano z dziećmi pod ścianami chat. Jedni i drudzy wraz z domostwem obracali się w popiół. Daleko słychać było ryk bydła i rżenie zagrabianych koni. Podczas dantejskiego pogrzebu trudno było zidentyfikować pozostałe czasem tylko kończyny dzieci, rodziców, dziadków z rodów Karniewiczów, Łojków, Chmarów i wielu innych” (W. Nowicki, Żywe echa, Warszawa 1993, s. 99-100). Według współczesnych ustaleń, ofiar było 128-132, w tym kobiety i dzieci. Z niektórych rodzin zginęło nawet po 7-8 osób. Wśród napastników mieszkańcy rozpoznali niektórych (znanych im już wcześniej) “partyzantów” sowieckich oraz tych Żydów, którzy byli mieszkańcami Naliboków.

Grupa Keslera Sąsiadów z Naliboków w obozie Bielskiego nie było wielu, ale ta grupa była akurat bardzo charakterystyczna. Przewodził jej Izrael Kesler, przedwojenny zawodowy złodziej (za ten proceder miał być nawet karany więzieniem). Do grupy należeli również bracia Borys i Icek Rubieżewscy. Po wejściu Niemców Kesler dowodził kilkunastoosobową bandą rabunkową, która szybko powiększała swe szeregi, przyjmując grupy Żydów ukrywających się w okolicznych lasach. Według różnych danych, powiększyła się do kilkudziesięciu (a nawet do ponad stu) osób i z czasem weszła w skład obozu Bielskiego. Keslerowcy uzyskali w zamian pewną autonomię w ramach “Jerozolimy”, ale nawet tam uchodzili za grupę bezwzględnych rabusiów. W 1980 r. ukazała się w Izraelu książka Sulii Wolozhinski Rubin – żony Borysa Rubieżewskiego (“Against the Tide. The Story of an Unknown Partisan”, Jerusalem 1980). Opisała ona napad na Naliboki (w ramach grupy Izraela Keslera), choć nie wymieniła tej nazwy: “Nieopodal [dworzeckiego] getta znajdowała się wioska. Żydzi musieli przez nią przechodzić po drodze do lasu, a partyzanci [sowieccy] w drodze z lasu. Ci wieśniacy ostrzegali biciem w dzwony i waleniem w miedziane garnki o przemarszu takich osób, aby ostrzec pobliskie wioski. Chłopi wybiegali z siekierami, sierpami – czymkolwiek, co może służyć do zabijania – i rżnęli każdego, a potem rozdzielali między siebie cokolwiek ci nieszczęśliwi mieli. Grupa Borysa [Rubieżewskiego] zdecydowała, aby położyć raz na zawsze kres takiej działalności. Wysłali kilku ludzi do tej wioski, a sami zaczaili się w zasadzce. Wkrótce rozległy się sygnały alarmowe i uzbrojeni chłopi wybiegli, aby zabić “przeklętych Żydów”. No, ale rozległy się salwy i skoszono ich ze wszystkich stron. Trzy dni zajęło, aby zbić trumny [dla poległych chłopów] i ponad 130 osób pochowano. Nigdy już więcej żaden Żyd czy partyzant nie zginął na tych drogach” (S. Wolozhinski Rubin, Against the Tide. The Story of an Unknown Partisan, Jerusalem 1980, s. 126-127). Jest to oczywiście opis skrajnie fałszywy, dokonany został niewątpliwie na użytek czytelnika anglojęzycznego, nieznającego w ogóle wojennych i okupacyjnych realiów w Polsce.

Jest już jeden film Na podstawie książki Sulii Wolozhinski Rubin powstał w 1993 r. film dokumentalny “The Bielsky Brothers: The Unkown Partisans” (Soma Productions, 1993) wykorzystywany jako materiał pomocniczy w nauczaniu o holokauście. W filmie Sulia dodała nowe, drastyczne szczegóły o ojcu swego męża, którego Polacy mieli jakoby zamęczyć w okrutny sposób, co miało jeszcze mocniej uzasadniać pacyfikację Naliboków: “Jego ojca Szlomka (…) ukrzyżowano na drzewie. (…) Borys się o tym dowiedział. Wioska już nie istnieje. (…) Tego dnia pochowano 130 osób”. Zapomniała już natomiast o tym, co napisała we wcześniejszych wspomnieniach, opublikowanych w 1980 r., że rok przed tymi wydarzeniami Szlomo Rubieżewski zginął w getcie zabity przez Niemców. W tym samym filmie przyznano jednak, że grupy żydowskie dokonywały rabunków okolicznej ludności: “Największym kłopotem było (…) wyżywienie tylu ludzi. Grupy 10 do 12 partyzantów wymaszerowywały na odległość 80 do 90 kilometrów, aby rabować wioski i przynieść żywność dla partyzantów”. Sulia chwaliła też spryt przyszłego męża, który po tej pacyfikacji obdarował ją futrem, ubraniami i butami. Brat Borysa – Icek, wymieniany był nawet w raportach sowieckich jako notoryczny rabuś, za co groziło mu rozstrzelanie. Dalsze losy Keslera potoczyły się zgodnie z ówczesnymi regułami. Usiłował on jakoby przejąć kontrolę nad całą “Jerozolimą” Tewje Bielskiego, więc został przez niego zamordowany. Naliboki nie były jedyną polską miejscowością, okrutnie spacyfikowaną przez sowieckich “partyzantów”. Kilka miesięcy później, 26 sierpnia 1943 r., inna grupa Sowietów podstępnie wymordowała ok. 50 partyzantów AK wraz z ich dowódcą por. Antonim Burzyńskim “Kmicicem”. Według ustaleń Nechamy Tec, w tym również brała udział wydzielona grupa pomocników z obozu Bielskiego. Kolejne rocznice haniebnej pacyfikacji Naliboków są całkowicie przemilczane i ignorowane przez polskie władze. Czy można jeszcze ustalić choćby niektórych sprawców? Niewątpliwie tak. Praktycznie wszyscy “partyzanci” Bielskiego, którzy przeżyli wojnę, pozostawili swe relacje w Związku Sowieckim. Pokaźne zbiory takiej dokumentacji zgromadził również Izrael. Czy ktoś pokusił się o takie badania? Pięć lat temu powstała w USA książka Petera Duffy’ego pt. “The Bielski Brothers. The True Story of Three Men Who Defied the Nazis, Saved 1,200 Jews, and Built a Village in the Forest” (New York 2003). O Nalibokach nie ma w niej w ogóle mowy. Bielscy są jednak nagłaśniani i w Polsce. W 2003 r. napisał o nich w “Polityce” Marian Turski, podkreślając, że było to zgrupowanie o… wysokiej etyce, w którym wszelkie konfiskaty (poza żywnością), były jakoby surowo karane śmiercią: “Nieformalny kodeks etyczny, narzucony przez Bielskiego i jego braci, najsurowiej tego zakazywał… A konfiskata żywności i bydła? Trzeba powiedzieć otwarcie, że ludzie ze zgrupowania Bielskiego – podobnie jak wszystkie inne oddziały partyzanckie! – czynili to bez zahamowań” (M. Turski, Republika braci Bielskich, “Polityka” nr 30, 26 VII 2003). Turski sprawę Naliboków całkowicie zbagatelizował: “Przed dwoma laty IPN zwrócił się do organów ścigania Białorusi o wszczęcie własnego śledztwa w sprawie zbrodni w Nalibokach, dokonanej przez partyzantów radzieckich w 1943 r. Śledztwo w tej sprawie prowadzi oddział IPN w Łodzi. Jak można było przeczytać w komunikacie PAP, “Informacji o udziale Żydów w zbrodni w Nalibokach polskie organa ścigania na razie nie zweryfikowały”. (…) Za życia Tewje Bielski nie zaznał zbyt wiele glorii. Ale po śmierci jego ciało zostało sprowadzone do Izraela i pochowane na Cmentarzu Bohaterów”. Po upływie trzech miesięcy od pacyfikacji sowiecko-żydowskiej, Naliboki przeżyły kolejną tragedię. Tym razem Niemcy, w ramach operacji “Hermann”, 6 sierpnia 1943 r. zrównali miasteczko z ziemią, a ludność częściowo wymordowali, częściowo wywieźli na roboty. Odbudowano je już po wojnie, ale pozostało w nim niewielu dawnych mieszkańców. Dziś nieliczni już nalibocczanie i ich potomkowie mieszkają w USA, Kanadzie, Australii, są również rozproszeni po Polsce.

Jest jeszcze jeden polski wątek, który wiąże się z historią braci Bielskich, całkiem współczesny. Oto kilka miesięcy temu media doniosły, że amerykańskie małżeństwo – Aron i Henryka Bell – porwało 93-letnią Janinę Zaniewską z Florydy i umieściło ją w domu opieki Hospes Hospiti w Pobiedziskach pod Poznaniem. Miały to być jej “wakacje” w dawno niewidzianej Polsce. Przy okazji małżonkowie wyłudzili od niej pełnomocnictwo i ogołocili jej konto z sumy 250 tys. dolarów życiowych oszczędności. Sprawa wyszła na jaw i Aron oraz Henryka Bell zostali w USA aresztowani pod zarzutem porwania i oszustwa. Aron Bell do 1951 r. nazywał się Bielski. Jest najmłodszym bratem Tewjego. Wyłudzenie 250 tys. dolarów od Janiny Zaniewskiej było zapewne jego ostatnią już “operacją gospodarczą”, których tyle przeprowadził w latach okupacji wraz ze swymi braćmi (uwaga red.: Wspomniane tu zdarzenia zostały opisane w anglojęzycznym tekścieJewish hero who rescued Jews from Nazis charged with conning Holocaust survivor, o tym samym fakcie mozna przeczytać po polskututaj).

Leszek Żebrowski

Cyt. za http://www.bibula.com/?p=2061

Zobacz również: Przemilczane zbrodnie na Polakach (1,2), prof. Jerzy Robert Nowak, Nasz Dziennik, 04/18.11.2002

Masakra w Koniuchach

I. WSTĘP

Aktualnie postępy śledztwa są opisywane na stronie IPN następująco: 7. Śledztwo w sprawie zabójstwa w styczniu 1944 roku przez partyzantów sowieckich kilkudziesięciu mieszkańców wsi Koniuchy wcześniej gm. Bieniakonie pow. Lida, woj. nowogródzkie (obecnie Republika Litewska rejon Sołeczniki) (S 13/01/Zk). Instytut Pamięci Narodowej – Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa w styczniu 1944 roku przez partyzantów sowieckich kilkudziesięciu mieszkańców wsi Koniuchy wcześniej gm. Bieniakonie pow. Lida, woj. nowogródzkie (obecnie Republika Litewska rejon Sołeczniki), tj. o zbrodnie komunistyczne z art. 225 § 1 kk z 1932 r. w zw. z art. 4 § 1 kk z 1997 r. w zw. z art. 2 ust. 1 i art. 3 Ustawy z dnia 18 grudnia 1998 r. o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (tekst jednolity Dz. U. z 2007 r. Nr 63 poz. 424 z późn. zm.). Jak wynika z dotychczasowych ustaleń wieś Koniuchy była dużą, polską wsią, liczyła ok. 60 zabudowań i ponad 300-tu mieszkańców. Koniuchy usytuowane były na skraju Puszczy Rudnickiej, w której znajdowały się bazy partyzantów sowieckich. Partyzanci w czasie powtarzających się napadów na tę wieś rabowali jej mieszkańcom żywność, odzież, bydło. Wyłącznie z tego powodu w Koniuchach, utworzono oddział samoobrony, który skutecznie uniemożliwiał partyzantom dalszy rabunek. W nocy z 28 na 29.01.1944 r. grupa partyzantów sowieckich otoczyła wieś i ok. 5-tej rano przystąpiła do ataku, który trwał 1,5-2 godziny. Pochodniami podpalano słomiane dachy domów, do wybudzonych, uciekających mieszkańców strzelano na oślep. W wyniku ataku zginęło co najmniej 38 osób, kilkanaście zostało rannych. W dokumentach archiwalnych podaje się różną liczbę ofiar: – „zostało zabitych 36 osób ze wsi oraz 14 osób ciężko rannych”, – „zabito 35 osób, rannych 13 w tym 10 ciężko rannych”, – „zabitych i rannych więcej niż 50 osób”, – „34 zabitych, 14 rannych, ilość osób żywcem spalonych nie ustalona”. Część ofiar spłonęła w swych domach, część zginęła od strzału z broni palnej. Wśród ofiar byli mężczyźni, kobiety i małe dzieci. Najstarsza z ujawnionych ofiar miała 57 lat, najmłodsze dziecko 2 lata. Spalono większość zabudowań, ocalało tylko kilka domów. Atak na Koniuchy przeprowadziła 120-150 osobowa grupa partyzantów sowieckich pochodzących z różnych oddziałów stacjonujących w Puszczy Rudnickiej, takich jak: „Śmierć okupantowi”, „Śmierć faszyzmowi”, „Piorun”, „Margirio”, oddział im. Adama Mickiewicza. Pierwszy z wymienionych oddziałów należał do Brygady Kowieńskiej Litewskiego Sztabu Ruchu Partyzanckiego, pozostałe zaś do Brygady Wileńskiej. Oddziały te były wielonarodowościowe, należeli do nich m. in. partyzanci żydowscy, uciekinierzy z gett w Kownie i Wilnie. Z kopii szyfrogramu z dnia 31.01.1944 r. autorstwa Genrikasa Zimanasa (Henocha Zimana) I Sekretarza Południowego Obwodowego Komitetu KP Litwy, a jednocześnie dowódcy Południowej Brygady Partyzanckiej do Naczelnika Litewskiego Sztabu Ruchu Partyzanckiego w Moskwie Antanasa Šnieckusa wynika, że: „29 stycznia połączona grupa oddziałów wileńskich, oddziału „Śmierć Okupantom”, „Margirio” i grupy specjalnej Sztabu Generalnego całkowicie spaliły najbardziej zagorzałą w samoobronie wieś powiatu Ejszyskiego Koniuchy[…]”. Śledztwo toczy się w sprawie. Nie przedstawiono dotychczas nikomu zarzutu popełnienia tej zbrodni. Generikas Zimanas zmarł 15 lipca 1985 r. w Wilnie. Znane są nazwiska dowódców oddziałów „Śmierć okupantowi”, „Śmierć faszyzmowi”, „Piorun”, „Margirio”, im. A. Mickiewicza, lecz zgromadzony materiał dowodowy nie pozwala na stwierdzenie w sposób jednoznaczny, że faktycznie oni dowodzili grupami partyzantów ze swych oddziałów, którzy uczestniczyli w ataku. W toku śledztwa przesłuchano kilkudziesięciu świadków – byłych żołnierzy z 5 batalionu 77 pp Armii Krajowej, którzy stacjonowali w pobliżu wsi, naocznych świadków zbrodni, krewnych ofiar, byłych partyzantów sowieckich. Zgromadzono obszerny materiał archiwalny w postaci meldunków policji litewskiej, szyfrogramów partyzantów sowieckich, kopii akt osobowych partyzantów sowieckich, w których to aktach są adnotacje, że uczestniczyli oni w ataku, kopii dzienników bojowych sowieckich oddziałów partyzanckich, kopii wspomnień partyzantów z Puszczy Rudnickiej). Trudność w prowadzonym śledztwie, poza odległością czasową od daty popełnienia zbrodni, sprawia fakt, iż Koniuchy położone są na terytorium Republiki Litewskiej zaś siedziba ówczesnej gminy Bieniakonie na terenie Republiki Białoruś, stąd potrzeba korzystania w toku postępowania z zagranicznej pomocy prawnej. Wnioski o zagraniczną pomoc prawną skierowano do Federacji Rosyjskiej, Republiki Białorusi, Kanady, Izraela i trzykrotnie do Republiki Litewskiej.

Jak sprawa wyglądała oczyma już nieżyjących świadków? Co w sprawie jest bulwersującego? Szokujące jest to, że sprawcy zajścia – miast się wstydzić swoich czynów i za nie przepraszać, opisywali je w swoich, wydanych w USA i Izraelu  po zakończeniu wojny, pamiętnikach jako wspaniałe zwycięstwo. Przypatrzmy się temu zwycięstwu z bliska.

II. MASAKRA W KONIUCHACH

koni1

12 lutego 2001 r. Zarząd Główny Kongresu Polonii Kanadyjskiej zwrócił się do prof. Leona Kieresa – prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, prof. Witolda Kuleszy – dyrektora Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu oraz Instytutu Pamięci Narodowej w celu rozpoczęcia badań i dochodzeń nad jednym z licznych masowych mordów ludności cywilnej popełnionym na Kresach Wschodnich. Mord popełniony w 1944r. na mieszkańcach wsi Koniuchy (rej. solecznicki) przez partyzantów sowieckich

Przedstawiamy Czytelnikom relację tych wydarzeń opublikowanych w Polsce, a także udokładnioną i uzupełnioną informacją zdobytą w rozmowie z żyjącymi świadkami ze wsi Koniuchy 2 marca br. Temat ten, ze zrozumiałych względów, był zakazany za czasów sowieckich, ale niestety i dzisiaj w publikacjach na Litwie nie wspomina się o dokonanej zbrodni.

Polscy historycy potwierdzają radziecką zbrodnię w Koniuchach

koni2

22 lutego b.r. szef pionu śledczego Instytutu Pamięci Narodowej prof. Witold Kulesza zapowiedział, że IPN zajmie się zbrodnią w Koniuchach, historyk Kazimierz Krajewski, który zajmuje się historią Nowogródczyzny w czasie II wojny światowej powiedział, że zbrodnia w Koniuchach jest znana polskim historykom.

“Wieś została zaatakowana przez partyzantkę sowiecką i spacyfikowana: całkowicie spalona, a cała ludność, bez względu na wiek i płeć – wymordowana” – powiedział Krajewski. Dodał, że oceny co do liczby ofiar są rozbieżne: polskie relacje mówią o trzydziestu kilku ofiarach, natomiast uczestnicy napaści w swych wspomnieniach, publikowanych także na Zachodzie, podają liczbę ponad 300 zabitych. Wyjaśnił, że wieś ta, leżąca na skraju Puszczy Rudnickiej, była stale nachodzona przez “czerwoną partyzantkę”. “W pewnym momencie, w celu przeciwdziałania tym ciągłym grabieżom i napaściom, zorganizowano tam samoobronę – pod egidą administracji litewskiej i przy wykorzystaniu kilku starych karabinów. Za to sowiecka partyzantka ukarała wieś”.

Krajewski potwierdził, że w napaści uczestniczył oddział partyzantki żydowskiej, który wchodził w skład zgrupowania radzieckiego.(PAP)

Relacja wydarzeń z Warszawy

24 lutego 2001 r. Nasz Dziennik w wydaniu sobotnio – niedzielnym opublikował duży artykuł Moniki Rotulskiej p.t. “Zginęli, bo byli Polakami” , który drukujemy w skrócie.

Kongres Polonii Kanadyjskiej wystąpił do Instytutu Pamięci Narodowej o wszczęcie śledztwa w sprawie wymordowania przez żydowski oddział partyzancki podporządkowany Centralnemu Sztabowi Partyzanckiemu w Moskwie mieszkańców wioski Koniuchy na Nowogródczyźnie. Tragedia miała miejsce prawdopodobnie w kwietniu (historycy nie są zgodni co do dokładnej daty) 1944 r. Większość ofiar stanowiły kobiety i dzieci. Wśród ludności polskiej zamieszkałej na tych terenach pamięć o tragedii przetrwała do dziś.

Moja matka pamięta tę tragedię, także inne starsze kobiety nie zapomniały tego straszliwego mordu – mówi Teresa Mielko z parafii Bieniakonie, do której należą także Koniuchy (obecnie na Białorusi). Ona sama urodziła się już po wojnie. Pamięta także mogiły pomordowanych w Koniuchach na miejscowym cmentarzu. Dziś są one bardzo zaniedbane, “bo wiadomo, rodzin już nie ma”.

koni3

Władza sowiecka ze zrozumiałych względów wolała ukryć tę sprawę. Zupełnie inaczej potraktowali mord w Koniuchach jego sprawcy mieszkający po wojnie w USA i Izraelu. Chaim Lazar w książce “Destruction and Resistance”, wydanej w Nowym Jorku w 1985 r., pisał: “Sztab brygady zdecydował zrównać Koniuchy z ziemią, aby dać przykład innym. Pewnego wieczoru 120 najlepszych partyzantów ze wszystkich obozów, uzbrojonych w najlepszą broń, wyruszyło w stronę tej wsi. Między nimi było około 50 Żydów, którymi dowodził Jaakow Prenner. Mieli rozkaz, aby nie darować nikomu życia. Nawet bydło i nierogacizna miały być wybite. (…) Wieś okrążono z trzech stron. Z czwartej strony była rzeka, a jedyny most był w rękach partyzantów. Partyzanci palili domy, stajnie, magazyny, gęsto ostrzeliwując siedliska ludzkie. (…) Półnadzy chłopi wyskakiwali przez okna i usiłowali uciekać. Ale zewsząd czekały ich śmiertelne pociski. Wielu z nich wskoczyło do rzeki, aby przepłynąć na drugą stronę, ale tam też spotkał ich taki sam los. Zadanie wykonano w krótkim czasie. Sześćdziesiąt gospodarstw chłopskich, w których mieszkało około 300 osób, zniszczono. Nie uratował się nikt”.(…)

Kongres przywołał m.in. opublikowane relacje i wspomnienia sprawców zbrodni z wiosny 1944 r. na mieszkańcach wsi Koniuchy. Relacje o zbrodni znalazły się w książce Richa Cohena “Mściciele”, wydanej w Nowym Jorku w 2000 r.: “Koniuchy były wioską o zakurzonych drogach i osiadłych w ziemi, nie pomalowanych domach. (…) Partyzanci Rosjanie, Litwini i Żydzi zaatakowali Koniuchy od strony pól, a słońce świeciło im w plecy. Odezwał się ogień z wież strażniczych. Partyzanci odpowiedzieli ogniem. Chłopi uciekli do swych domów.

Partyzanci wrzucili granaty na dachy, a w domach wystrzeliły płomienie. Chłopi wybiegali drzwiami i biegli drogą. Partyzanci ich gonili, strzelając do mężczyzn, kobiet i dzieci. Większość chłopów biegło w stronę niemieckiego garnizonu, a więc przez cmentarz na skraju miasta. Komandir partyzantów przewidział to i dlatego nakazał kilku swoim ludziom schować się przy grobach. Gdy ci partyzanci otworzyli ogień, chłopi zawrócili i wpadli w ręce żołnierzy, którzy ścigali ich z drugiej strony. Setki chłopów zginęło złapanych w ogień krzyżowy?.

Według autorów listu, potwierdzenie mordu w Koniuchach można znaleźć także w dzienniku partyzantów żydowskich pt. “Operations Diary of a Jewish Partisan Unit in Rudniki Forest”. Podano tam, że napad miał miejsce w styczniu 1944 r. i wzięli w nim udział partyzanci z oddziałów Jacoba Prennera “Śmierć faszystom” i Shmuela Kaplinsky”ego “Ku zwycięstwu” tzw. Litewskiej Brygady.

… i informacja z Koniuch

koni4

W 1939 r. Koniuchy były wielką wsią, w 85 domach mieszkało ponad 300 mieszkańców, z których duża część przed rozpoczęciem wojny zamieszkała w kolonii.

Świadkowie tych wydarzeń: Anna Suckiel (ur. 1929), Stanisława Woronis ( ur. 1919 r.), Antoni Gikiewicz ( ur. 1926 r.), Stanisław Wojtkiewicz (ur. 1929 r.) dobrze pamiętają wydarzenia z ostatniej wojny a szczególnie 29 stycznia 1944 roku.

W okresie okupacji niemieckiej, według słów świadków, częstymi nocnymi “gośćmi” we wsi byli sowieccy partyzanci, którzy rabowali od mieszkańców wszystko od ubrania i wyżywienia zaczynając. Po jednej z takich “odwiedzin” mieszkaniec Koniuch Woronis wraz z sąsiadami zorganizował samoobronę, mającą strzec dobytek przed rabusiami (najbliższy posterunek policji litewskiej i niemieckiej był w Rakliszkach, Bieniakoniach, Bołcienikach).

koni5

O świcie 29 stycznia usłyszeli strzały ze wszystkich stron i zobaczyli ogień palących się zabudowań. Wyskoczyli z domu, zobaczyli partyzantów sowieckich mordujących ich sąsiadów, podpaląjących domy wraz z pozostającymi tam rannymi i dziećmi.

Udało im się uciec lub schować i pozostać przy życiu, jak mówią, dzięki Opatrzności Bożej.

Zginęło na miejscu 45 osób, 12 zostało rannych, z których część zmarła w szpitalu w Bieniakoniach. Wśród zamordowanych byli dorośli i dzieci z rodzin: Parwickich, Tubiniów, Marcinkiewiczów, Woronisów, Bobinów, Wojsznisów, Wandalewiczów, Łaszakiewiczów, Pilżysów, Wojtkiewiczów, Molisów, Jankowskich.

koni6

Spłonęła prawie cała wieś z dobytkiem wielu pokoleń. Zostały z 85 tylko 4 domy rodzin: Aleksandrowiczów, Wandalewiczów, Radzikowskich, Łaszakiewiczów. Pozostali przy życiu mieszkańcy zmuszeni byli szukać przytułku u swoich rodzin w innych miejscowościach lub szybko budować ziemianki.

Pochować zamordowanych na wiejskim cmentarzyku pomogli wojskowi Litwini, którzy stacjonowali w Rakliszkach ( 6 km od Koniuchów). Był to najbliższy posterunek niemiecko – litewski.

Wraz z przyjściem nowej władzy ” koniuchowscy bandyci”, jak ich nazywali Sowieci, też nie zaznali spokojnego życia. Rodziny Aleksandrowiczów i Wasiukajciów powędrowały na Sybir, a inni w niepewności oczekiwali na swój los, jeszcze inni zostawiając ojcowiznę i groby rodzinne zmuszeni byli wyjechać do Polski lub jak Leon Tubiń do dalekiej Kanady.

Wszyscy rozmówcy podkreślali, że istnieje potrzeba zachowania pamięci o niewinnie pomordowanych mieszkańcach Koniuch ( jeszcze istnieje możliwość udokumentowania listy ofiar) i mają nadzieję, że władze samorządowe, władze republiki oraz Macierz, chociaż po wielu latach milczenia, oddadzą należyty hołd poległym.

koni7

Od redakcji: tragiczna śmierć poszczególnej osoby stanowi niepowetowaną stratę. A cóż dopiero, gdy chodzi o masowy mord. Dlatego chyląc głowy wobec niewinnie pomordowanych należy przyznać, iż jest to naszą wspólną winą, że miejsce tej tragedii i pochówku ofiar nie zostało jak dotychczas upamiętnione. Zróbmy to więc dziś w uszanowaniu ich przedwczesnej męczeńskiej śmierci i ku przestrodze potomnych – aby nigdy i nigdzie więcej podobna tragedia nie mogła się powtórzyć, a każda inicjatywa społeczna zmierzająca w tym kierunku zyska poparcie naszej redakcji.

Na zdjęciach: A. Suckiel: “…ranną Woronisową dobili kamieniem.” A. Gikiewicz: ” … okrążyli całą wieś i wszystkich po kolei mordowali.” Krzyż na wiejskim cmentarzu w Koniuchach St. Woronisowa: ” … kogo tylko sowieci znaleźli w krzakach czy w jamie – zabijali.” St. Wojtkiewicz: “… nie oszczędzali nawet kobiet w ciąży.” Dom Aleksandrowicza – milczący świadek tragedii 29 stycznia 1944 roku.

Fot. Waldemar Dowejko

Nasza Gazeta 9 (498) – Wilno Czesław Malewski, Nasza Gazeta – Wilno

__________________________

III. Inne godne uwagi artykuły opisujące sprawę Koniuch:

1. Kazimierz Krajewski, Nie tylko Koniuchy… 2. Edmund Burel,  Koniuchy – zamordowana wioska , Nowa Myśl Polska, 08.02.2004 3. Czesław Malewski,  Masakra w Koniuchach (II) 4. Anna Gałkiewicz, Omówienie dotychczasowych ustaleń w śledztwach w sprawach o zbrodnie w Nalibokach i Koniuchach, 14.05.2003 5. Piotr Gontarczyk,  Nikt nie wymknął się z okrążenia

http://radio.radiopomost.com/index.php/z-polski/1174-zbrodnie-zydowskich-partyzantow-na-polskiej-ludnosci-koniuchy-i-naliboki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: